Zobacz opis Zobacz opis sztuki: CZY PAN ISTNIEJE, MR JOHNES?
Kategoria BTL OFF
KATEGORIA WIEKOWA Dla młodzieży i dorosłych
CZAS TRWANIA 90 minut

CZY PAN ISTNIEJE, MR JOHNES?

OPIS

CZY PAN ISTNIEJE, MR JOHNES?

według Stanisława Lema

Teatralna adaptacja opowiadań Stanisława Lema przedstawia komiczną rozprawę sądową, podczas której przedsiębiorstwo cybernetyczne Cybernetics Company pozywa Mr Johnes`a, swojego dłużnika.

Johnes, znany rajdowiec, który ulega wypadkom samochodowym, w miejsce utraconych kończyn i organów kupuje protezy wykonane przez Cybernetics. Sprawa komplikuje się, kiedy się okazuje, że Johnes zdaje się przejmować cząstki osobowości od dawców, wśród których jest zarówno kobieta jak i pies. Prawnie rzecz wikła się jeszcze bardziej, gdy wskutek pecha rajdowca nie stać na zapłatę rachunków medycznych oraz gdy po jednym z wypadków dawcą zostaje jego własny brat, który był jego pilotem…

5 grudnia 2014
Premiera spektaklu "Czy pan istnieje, Mr Johnes?"
Zobacz
2 grudnia 2014
Konferencja prasowa przed premierą spektaklu "Czy Pan istnieje, Mr Johnes?"
Zobacz

TWÓRCY

reżyseria
Krzysztof Rau
asystent reżysera
ruch sceniczny
adaptacja
Darek Jakubaszek
scenografia
Marek Braun
muzyka
Piotr Klimek
multimedia
Wojciech Kapela

OBSADA

ZAPOWIEDZI PRASOWE

Stanisław Lem na deskach BTL-u

Urszula Krutul, "Kurier Poranny", 03.12.2014

ROZWIŃ

W piątek w Białostockim Teatrze Lalek odbędzie się premiera niezwykła. Reżyserią spektaklu według opowiadań Stanisława Lema zajął się legendarny twórca, Krzysztof Rau. O tym "Czy pan istnieje, Mr Johnes?" widzowie dowiedzą się o godz. 18.

To będzie klasyka Stanisława Lema w najlepszym wydaniu. Taka, którą da się spokojnie odnieść do tego, co nas spotyka we współczesnym świecie.

Będzie nieco futurystycznie, trochę nowocześnie i bardzo aktualnie. Bo opowiadania Lema wciąż inspirują i mówią dużo o współczesnym świecie.

Teatralna sala zamieni się w dość makabryczny szpital, gdzie wszyscy noszą białe maski, a przeszczepy organów są na porządku dziennym. Widzowie znajdą się również na rozprawie sądowej, która zamiast być poważną stanie się nieco komiczna. Przedsiębiorstwo cybernetyczne Cybernetics Company pozwie Mr Johnes'a, swojego dłużnika.

- To jest bardzo współczesny tekst - zapewnia Krzysztof Rau, reżyser. - Zresztą jak sam Lem, po którego jak sądzę będziemy sięgać jeszcze długo, nawet w 2040 roku.

- Ten spektakl przypomina dobrze skonstruowany kryminał z lat 70. - dodaje Piotr Klimek, który stworzył muzykę. -To dobra, teatralna rozrywka.

Mr Johnes to znany rajdowiec, który często ulega wypadkom. W miejsce utraconych kończyn i organów kupuje protezy wykonane przez Cybernetics. Sprawa komplikuje się, kiedy Johnes zdaje się przejmować cząstki osobowości od dawców. A wśród nich jest zarówno kobieta, jak i pies. Prawnie rzecz wikła się jeszcze bardziej, gdy wskutek pecha rajdowca nie stać na zapłatę rachunków medycznych.

Lem, protezy i piosenka żydowska. Premiery w teatrach

Monika Żmijewska, "Gazeta Wyborcza", 3.12.2014

ROZWIŃ

U lalkarzy historia cybernetyczna, wśród protez, masek i manekinów, inspirowana Lemem. W Teatrze Dramatycznym - także upiorne makijaże, ale za to klimat przedwojenny, w którym i muzyka żydowska na żywo, i zjadliwa satyra się zmieści. W weekend (5-7.12) dwie premiery w białostockich teatrach, jakby z dwóch różnych rzeczywistości.

Dwa różne bieguny - z jednej strony historia science fiction, z drugiej - tęskne piosenki żydowskie i język przedwojennej satyry, w której w Białymstoku w latach 20.-30. prym wiodło pismo "Prożektor". W Białostockim Teatrze Lalek zobaczymy spektakl "Czy pan istnieje, Mr Johnes?" w reż. Krzysztofa Raua, w Teatrze Dramatycznym - "Migdały i rodzynki. Szkice białostockie" w reż. Adama Biernackiego.

Ale jest coś, co te dwie propozycje zdaje się łączyć - spory udział multimediów i projekcji.

Przypadki pana Johnesa

Szczególnie dużo jest ich u lalkarzy. Duży ekran wypełnia prawie całą ścianę, cztery mniejsze wiszą pod sufitem. A na nich - pulsujące organy, cyfry, hasła, zapisy danych, zrozumiałe dla informatyków. Wszystko to mruga, chrzęści, pulsuje. A w tym czasie na scenę wkraczają dziwne, poruszające się niczym roboty postaci w maskach. Wwożą na wózkach modele anatomiczne, oglądają fragmenty organów, coś tam mruczą... Wygląda to dość upiornie, ale nie da się ukryć, że przyciąga uwagę.

Ciekawy jest też zamysł - spektakl "Czy pan istnieje, Mr Johnes" jest teatralną adaptacją opowiadań Stanisława Lema i przedstawia komiczną rozprawę sądową, podczas której przedsiębiorstwo cybernetyczne Cybernetics Company pozywa Mr Johnesa, swego dłużnika. Rzecz w tym, że Johnes, znany rajdowiec, który uległ wypadkom samochodowym, w miejsce utraconych kończyn i organów kupuje protezy wykonane przez Cybernetics.

Sprawa staje się bardziej skomplikowana, gdy okazuje się, że Johnes zdaje się przejmować cząstki osobowości od dawców, wśród których jest zarówno kobieta, jak i... pies. Prawnie rzecz wikła się jeszcze bardziej, gdy wskutek pecha rajdowca nie stać na zapłatę rachunków medycznych. A po jednym z wypadków dawcą zostaje jego własny brat, który był jego pilotem...

- Lem to klasyka science fiction, ale ciągle aktualna. Myślę, że spektakl będzie dotykał współczesnych tematów - mówi Jacek Malinowski, dyrektor BTL, który zaprosił do współpracy swego poprzednika, wieloletniego dyrektora tej instytucji, Krzysztofa Raua.

Reżyser mówi: - Lem jest nadal niezwykle uniwersalny, potrafi mówić o rzeczach egzystencjalnych z poczuciem humoru. Ale też w jego twórczość zazwyczaj jest wpisany dramat ludzki.

Atmosfera kryminału

Autorem adaptacji jest Dariusz Jakubaszek, za scenografię i charakterystyczne kostiumy odpowiada Marek Braun.

- Spotkaliśmy się we trójkę [również z kompozytorem - red.] nad Narwią w lesie, przy stoliku, opracowaliśmy szkielet przedstawienia, a po kilku tygodniach każdy przyszedł z fragmentem zadanej pracy i wszystko spięliśmy w całość. Będzie to rodzaj pastiszu, teatru wymagającego pewnego skupienia. Posługujemy się rzeczami znanymi, które komponujemy wedle własnego uznania, pozwalając sobie na pewien element archaizacji - mówi Braun. I dodaje: - Lem w swojej twórczości przewidywał coś, co teraz jest faktem, a kiedyś było nie do pomyślenia. Czy ktoś spodziewał się, że dożyjemy czasów, w których można wykupić usługę, która po śmierci użytkownika podtrzyma aktywność na Facebooku?

Kompozytor Piotr Klimek: - Spektakl przypomina dobrze skonstruowany kryminał, z takim rodzajem charakterystycznej atmosfery, w której snuje się detektyw w przykurzonym prochowcu. W tym spektaklu taki klimat też odnajdziemy - mówi autor muzyki. - Kiedyś przeczytałem całego Lema, mając w głowie Krzysztofa Komedę. Ale gdy pisałem muzykę do filmu o Lemie, skomponowałem muzykę na wskroś współczesną. To nie było dobre. Teraz pozwoliłem sobie odkupić ten grzech i wrócić do pierwotnej myśli, kiedy to z Lemem emocjonalnie kojarzył mi się właśnie jazz.

Spektakl "Czy pan istnieje, Mr Johnes?" trwa około 90 minut.
(...)

Stanisław Lem w teatralnej odsłonie. Będzie futurystycznie i ciekawie

uk, "Gazeta Współczesna", 3.12.2014

ROZWIŃ

W piątek w Białostockim Teatrze Lalek odbędzie się premiera niezwykła. Reżyserią spektaklu według opowiadań Stanisława Lema zajął się legendarny twórca, Krzysztof Rau.

O tym "Czy pan istnieje, Mr Johnes?" widzowie dowiedzą się o godz. 18. Teatralna sala zamieni się w dość makabryczny szpital, gdzie wszyscy noszą białe maski, a przeszczepy organów są na porządku dziennym.

Widzowie znajdą się również na rozprawie sądowej, która zamiast być poważną stanie się nieco komiczna. Przedsiębiorstwo cybernetyczne Cybernetics Company pozwie Mr Johnes'a, swojego dłużnika: - To jest bardzo współczesny tekst - zapewnia Krzysztof Rau, reżyser. - Zresztą jak sam Lem, po którego jak sądzę będziemy sięgać jeszcze długo, nawet w 2040 roku.

GALERIA

RECENZJE

Ile Ryszarda jest w Ryszardzie? Walka o organy w BTL

Monika Żmijewska, "Gazeta Wyborcza", 13.12.2014

ROZWIŃ

Zagadka. W ub. r. dr Greg dostał do operacji 18 pacjentów, a po operacji wyszło... 19. Jak to możliwe? Bywa też odwrotnie. Z dwóch pacjentów można zrobić jednego. Wszystko to na scenie w teatrze lalek, a wcześniej u Lema, który takie historie wymyślił 60 lat temu. Nadal są sugestywne i przerażające - u lalkarzy absurd zyskuje jeszcze ciekawą multimedialną oprawę. Do zobaczenia w sobotę i niedzielę (13-14.12) o godz. 18.

Białostocki Teatr Lalek sięgnął po słuchowisko radiowe „Czy pan istnieje, Mr Johnes”, które Stanisław Lem opublikował w 1955 roku. Mało komu - poza geniuszem naszej fantastyki - nie śniło się wówczas, że w kilka dekad później wirtualne byty staną się rzeczywistością, telefony nosić będziemy przy sobie, a za pomocą komputera załatwimy prawie wszystko. Wtedy też nie były właściwie poruszane tematy identyfikacji płci, ustalenia osobowości prawnej i wynikające z tego kłopoty z ubezpieczycielami, mało kto słyszał też wtedy o operacjach plastycznych. Tymczasem Lem, jak prawdziwy wizjoner, wszystko wiedział już przed nami. Ale nawet w pół wieku od publikacji jego surrealistyczna wizja może nadal zadziwiać. Powołana do życia i przeniesiona ciekawie w wymiar cyfrowy przez reżysera Krzysztofa Raua, według adaptacji Dariusza Jakubaszka - dostarcza nie tylko czystej rozrywki, ale i refleksji nad kondycją człowieczeństwa. I nad tym, ile jeszcze Ryszarda zostało w Ryszardzie.

Ubezpieczyli się na „krzyż”

Ryszard Johnes (w tej roli świetny Michał Jarmoszuk) to główny bohater spektaklu, który wpakował się w niezłe kłopoty. Kierowca rajdowy co chwila ulega groźnym wypadkom. Ale jeździ dalej, bo genialny doktor Burton z firmy Cybernetix wszczepia mu protezy wykonane przez tę firmę oraz prawdziwe organy - zdarza się, że pochodzące też od ofiar jego własnych karamboli. Sprawa wikła się coraz bardziej, gdy, po pierwsze, okazuje się, że po jednym z wypadków dawcą zostaje jego własny brat (który jeździł z nim jako pilot). Gdy, po drugie, Ryszard zaczyna przejmować cząstki osobowości od dawców (a wśród nich znajdzie się też kobieta i pies). I gdy wreszcie, po trzecie, nie stać go na zapłatę rachunków medycznych. Pieniędzy od Ryszarda domagają się rodziny dawców, firma nie chce wypłacić mu ubezpieczenia (jakkolwiek brzmi to kuriozalnie - wraz z bratem ubezpieczył się na tzw. krzyż; gdy jeden z ginie, drugi miał odebrać ubezpieczenie).

Narasta też problem identyfikacji, bo kim on właściwie jest?

Takie pytanie pojawia się co i rusz. Mecenas, który zajmuje się sprawą rajdowca, z każdą chwilą zadziwiony jest jak precedensowa trafiła mu się sprawa: „czy pan jest zupełnie pewien, że pan jest Ryszardem, a nie już Tomem?” (czyli bratem, bo jak wcześniej mówił Ryszard - z nich dwóch zrobiono jednego). Adwokat robi swój własny research wśród rzeczoznawców, psychoterapeutów, w firmie. Efekt? Nie udało mu się ustalić, czy jego klient żyje, czy też nie, czy pod względem prawnym nadal jest Ryszardem, bo może już dawno nie. Co, jeśli częściowo jest już ojcem (dzieci brata), a częściowo nawet szwagrem!? Po kolejnych zaś operacjach w grę wchodzi też jeszcze identyfikacja z kobietą i z psem, Ryszard w pewnym momencie zaczyna nawet szczekać...

- Kim on jest? - mówi mecenas. - Nie mogę przecież w sądzie reprezentować przekładańca!

- Czemu nie? - odpowiada psychoterapeuta Johnesa. - Inne czasy, inne obyczaje...

Może nereczka?

Obiekcji nie ma pozwana firma, która zmienia strategię obrony, to ona zaczyna atakować i twardo żąda „praw własności do samozwańczego zespołu protez podającego się za Mr Johnesa, Mr Johnesa bowiem już dawno nie ma, jego kawałki zostały już dawno na różnych autostradach...”.

Te informacje to żaden spoiler, ich świadomość w żaden sposób nie niszczy niespodzianki i przyjemności ze spektaklu. Kolejne surrealistyczne wątki dochodzą tu w ekspresowym tempie, widz przyswaja kolejne nowinki, próbując się rozeznać w coraz bardziej zapętlającej się rzeczywistości. Tak naprawdę liczy się klimat przedstawienia, miks komizmu, koszmaru i uniwersalnej prawdy o człowieku.

Bo choć na scenie oglądamy przerażający kombinat zajmujący się - w myśl rzekomo humanitarnych idei - odtwarzaniem człowieka, pojawiają się więc i stosowne rekwizyty („może nereczka? a może elektroniczna wątróbka?”); choć w finalnej scenie widzimy w pewnym sensie tegoż człowieka tylko szczątek (posztukowany jest z różnych kawałków) - to ostatecznie tak naprawdę spektakl mówi o... człowieczeństwie. Paradoksalnie dopiero w tej - pokawałkowanej wersji (co Jarmoszuk kapitalnie pokazuje gestem, miną,

głosem) Johnes jest bardziej człowiekiem niż wcześniej. W niczym nie przypomina siebie z początku spektaklu i dobrych układów z Cybernetiksem. Wtedy zblazowany, upojony sławą młody rajdowiec jest cyniczny, lekko traktuje nawet śmierć brata. Liczy się tylko to, by po kolejnych operacjach znów móc jeździć.

Kilkadziesiąt operacji i kłopotów prawnych później - jest już tylko posztukowanym kimś, komu protezy i przeszczepy odmawiają posłuszeństwa. Ale też, co ciekawe, w takiej szczątkowej wersji wydaje się być bardziej ludzki niż wcześniej. Jak gdyby degradacja fizyczna uczłowieczała osobnika wcześniej wypranego z emocji.

Tłum na ścianach

Bohaterowie spektaklu to specyficzne bestiarium (w wariancie fiction), zarówno ze względu na kostiumy i irytujące z początku maski, jak i rekwizyty. Chirurg (Jacek Dojlidko) ze swoją zadziwiającą logiką, przypomina rzeźnika otoczonego różnymi organami i manekinami. Dziwaczny terapeuta (Krzysztof Bitdorf). Cyniczny prawnik Cybernetiksu z kasą fiskalną w ręce (Błażej Piotrowski). Pastor po operacji piszczący kobiecym głosem: „Przecież tak nie mogę wygłaszać kazań!”.

Drugi mecenas, wynajęty przez Johnesa (Wiesław Czołpiński), wydaje się być z zupełnie innego bieguna - jest nieco oldskulowy, anachroniczny, trudno mu zrozumieć sytuację, z którą przyszło mu się zmierzyć.

Jest i kolejny bohater, który pozostałym czasem kradnie show - to scenografia Marka Brauna (wraz z multimediami Wojciecha Kapeli). Znajdujemy się w wypreparowanej przestrzeni, która poprzez rozmaite projekcje poszerza scenę. Na ścianach - ekrany z nieustannie wyświetlającymi się kadrami: komputerowe ciągi cyfr, filmy z wypadków, hologramy. Gdy mecenas udaje się do firmy Cybernetix - korytarz, którym idzie, zdaje się rozciągać w nieskończoność. W gabinecie terapeuta - opisując postać pacjenta - przesuwa dłońmi obrazy jak w filmach science fiction. W sali sądowej, do której w końcu wszyscy trafiają, sędzia bynajmniej nie ma typowej ludzkiej postaci, zaś tłum przyglądający się rozprawie i szemrzący między sobą - sprawia wrażenie, jakby się rozpychał z każdej strony sali - na ścianie. To robi wrażenie, podkreśla trochę upiorny, przerysowany klimat świata, w którym nie chciałoby się przebywać.

Czarny humor

Podobnie jak oprawa wizualna, tak i świetna, jazzowa muzyka buduje nastrój tego spektaklu. Podkreśla niektóre sceny, tworzy klimat filmów noir sprzed lat. Ten wrażeniowy kontrast: scenografia nowoczesna, muzyka już mniej nowoczesna (bo dobry jazz w dawnym stylu) - zupełnie nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Powstał ciekawy mariaż oldskulowego kryminału, egzystencjalnej filozofii Lema, postnowoczesności i czarnego humoru. Choć śmiać się w sumie nie ma z czego - niewykluczone, że jeszcze przed nami czasy, w których normą stanie się język: aktywa cielesne, cielesne ruchomości zainwestowane w innych nabywców, całość elektroniczna przystosowana do życia...

Makabreska w lalkach

Anna Kopeć, "Kurier Poranny", 31.12.2014

ROZWIŃ

"Czy Pan istnieje. Mr Johnes?" z repertuaru Białostockiego Teatr Lalek to jeden z najlepszych spektakli wystawionych w naszym mieście w 2014 roku.

Najnowsza sztuka w reżyserii Krzysztofa Raua jest nieco surrealistyczna, komiczna, aktualna, zatrważająca. Ta realizacja to jedno z najważniejszych wydarzeń 2014 roku na białostockich scenach. Bo nie tylko wirtuozersko zagrana i przemyślana pod kątem scenograficznym, ale także zadająca ważne pytania o to, co kształtuje naszą tożsamość i granice ingerencji medycyny w nasze ciało.

Znany rajdowiec Ryszard Johnes w trakcie swoich brawurowych wyścigów ulega wypadkom. W miejsce utraconych kończyn i organów doktor Burton z firmy Cybernetix Company wszczepia mu nowe - nierzadko pochodzące od ofiar jego wypadków. Sprawa komplikuje się, gdy Johnes "odziedzicza" od swoich dawców - kobiety i psa - ich osobowość. Pod względem prawnym problem się zapętla, gdy po kolejnym z wypadków przejmuje organy brata Tomasza, który był jego pilotem. Znany rajdowiec nie ma pieniędzy na zapłatę rachunków, a firma Cybernetix domaga się "praw własności do samozwańczego zespołu protez podającego się za Mr Johnesa".

Mecenas (ciekawy Wiesław Czołpiński) Johnesa dostaje bezprecedensową sprawę. Najpierw dowiaduje się, że nie wiadomo czyjego klient istnieje naprawdę. Następnie dochodzi do wniosku, że pod względem prawnym Ryszard Johnes częściowo jest ojcem swoich dotychczasowych bratanków i mężem swojej bratowej. Absurd? Takie rozważania początkowo nawet śmieszą. Ale początkowa farsa zamienia się w upiorną makabreskę.

W finałowej scenie na sali sądowej, którą bacznie obserwuje czujne oko sądu z jednej strony mamy bezwzględnego prezesa (Krzysztof Bitdorf) i prawnika Cybenetboi (Błażej Piotrowski), z drugiej - poskładanego z różnych części Ryszarda Johnesa, który po szeregu operacji zdaje się być bardziej ludzki niż na początku. Wcześniej sprawny fizycznie, ale bezrefleksyjny, żądny sławy i trofeów zmienił się co prawda w strzępek człowieka, ale za to bardziej emocjonalnego.

Obserwowanie tej metamorfozy to niezwykłe doznanie. Brawurowo w tę rolę wcielił się Michał Jarmoszuk. Poskładane z różnych części ciało, zwielokrotniona psychika, wielogatunkowość i wielopłciowość jego bohatera to nieprawdopodobnie sprawna kreacja. Jednoczesna koordynacja ruchowa i dźwiękowa to niecodzienne widowisko.

Nieuchronna kara za ludzką pychę

Bożena Frankowska

ROZWIŃ

Najnowsze przedstawienie Białostockiego Teatru Lalek "Czy pan istnieje Mr Johnes?" wg Stanisława Lema w reżyserii Krzysztofa Raua jest poświęcone zdobyczom i klęskom ludzkiego rozumu. Spośród wielu tekstów Stanisława Lema adaptowanych dla radia, filmu, telewizji i teatru (tak dramatycznego, jak lalkowego) nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, adaptacja opowiadania "Czy pan istnieje Mr Johnes?" z tomu "Opowieści gwiazdowych" (1951) była jedną z najwcześniejszych, zagrana w Paryżu w Theatre du Tertre (1961) i w TVP (1973, w adaptacji Dzieduszyckiego).

Opowiadanie to wziął do realizacji w Białostockim Teatrze Lalek reżyser Krzysztof Rau, były dyrektor tego teatru i inscenizator kilku co najmniej głośnych jego przedstawień, artysta przy tym zasłużony dla kultury Białegostoku jako inicjator wybudowania siedziby teatru i organizator białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. I kazał się młodzieży i widzom dorosłym zastanawiać nad osiągnięciami Człowieka na Ziemi, zdobyczami jego nauki, ludzką pychą i ludzkimi klęskami.

Pamiętał zapewne przepowiednię naszego wieszcza z Reduty Ordona (1833):

„Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute
Bóg wysadzi tę ziemię jak on swą redutę”.
A zapewne i wcześniejszy o ponad dwa tysiące lat (dokładnie 2275) hymn Sofoklesa o potędze człowieka i sile ludzkiego rozumu w Antygonie (442 p.n.e.):

„Siła jest dziwów, lecz nad wszystkie sięga
Dziwy człowieka potęga.
Bo on prze śmiało poza sine morze,
Gdy toń się wzdyma i kłębi
I z roku na rok swym lemieszem porze
Matkę ziemicę do głębi.
Lotny ród ptaków i stepów zwierzęta
I dzieci fali usidla on w pęta
Wszystko rozumem zwycięży.”

Jest to prawda, choć nie cała. Człowiek kazał latać samolotom i wysyła rakiety w Kosmos, rozbił atom i nauczył się czytać na wykrywaczu kłamstw myśli drugiego człowieka, dorobek ludzkości zarejestrował w międzyplanetarnej przestrzeni internetu. Ostatnio podobno nauczył się odmładzać myszy i może zacznie odmładzać człowieka od starości do kolebki.
Ale co z tego? Skoro potężny i wszechwładny nie potrafi usunąć z życia cierpienia – ani fizycznego, ani psychicznego. Nie jest w stanie zwalczyć groźnych chorób. Nie umie przewidzieć i zapobiegać katastrofom maszyn przez siebie wymyślonych. Nie ma mocy odwrócić kataklizmów przyrody. Swoją potęgą i rozumem pomnożył natomiast różne zagrożenia - dla człowieka i dla ludzkości.

A co najważniejsze nie przeniknął do dziś najważniejszego zjawiska - tajemnicy śmierci. Nikogo „z tamtej strony” nie przywołał do życia. Sofoklesowy gigant i stworzona przez niego nauka staje bezradnie wobec nieodgadnionych tajemnic życia i śmierci.

W przedstawieniu Białostockiego Teatru Lalek jest dwóch głównych bohaterów i dwóch znakomicie zagranych głównych bohaterów: Mr Johnes jako produkt rozlicznych implantacji i Czarna Pani - siostra nasza śmierć, nieodwołalne przeznaczenie, niedocieczona tajemnica, którą coraz trudniej nawet wyznaczyć: serce bije, ale mózg umarł - mózg się kołacze, ale serce bić przestało, więc może ważniejsze jest czerpanie ziemskiego powietrza, co daje życie?
Twórcy przedstawienia pokazują namacalnie, co się może zdarzyć i co się może przydarzyć temu ludzikowi, co to „ponad wszystkie sięga dziwy” swoją potęgą, co „wszystko rozumem zwycięży”? Może istnieć dzięki zdobyczom stworzonej przez siebie nauki i zachować swoje własne cechy indywidualne, nawet, jak Mr Johnes, ocalały jedynie z maleńką własną częścią - połową mózgu, z całą resztą poskładaną z części innych ludzi – dawno zmarłych dawców narządów. Ale przedstawienie pokazuje nam, że i tak jego wola życia, zdobycze nauki, umiejętności lekarzy nie uchronią go przed cierpieniami i zgryzotami życia, jak nie uchronią przed zgonem, śmiercią, nicością, gdy Czarna Pani ustali datę na ostatecznie zejście - wszystkiego razem - zachowanej połowy mózgu i ocalałych części dawców!

Alicja Bach w roli śmierci w pewnym momencie swoją osobą wypełnia całą scenę, a swoją sztuką bierze we władanie całą widownię. Krąży w tanecznym rytmie muzyki w sposób tak wyrazisty i sugestywny, że jasne się staje, iż jest wszędzie i zawsze. Tylko my tego nie dostrzegamy. Ale zarazem jej wszechobecność wyśpiewana całą postacią, gestem i ruchem, ma w sobie jakąś łagodzącą siłę, a jej postać oswaja nas z nieuchronnością odejścia spośród żywych. Wykreowana przez nią scena stanowi bardzo ważne zamknięcie tyleż zabawnej co dramatycznej opowieści.
Opowieść Stanisława Lema w inscenizacji Krzysztofa Rau i aktorów Białostockiego Teatru Lalek jest w pierwszej części satyrą na ludzkie wysiłki zmierzające do przedłużenia życia za pomocą rozmaitych zabiegów dostępnych medycznej transplantologii. Zjadliwie nawet sugeruje, że te coraz bardziej masowe zabiegi odczłowieczają cały proceder przez swoją masowość i fabryczne taśmowe wykonanie - lekarz jest tylko rzemieślnikiem, pacjent - bezwolnym obiektem. I jedni, i drudzy stają się stronami narażonymi na błędy i pomyłki medycyny z jednej strony, a pazerne urządzenia państwowe w postaci ustaw, zarządzeń, firm ubezpieczeniowych i sądów – z drugiej strony. Instytucji i paragrafów całkowicie bezwzględnych, odhumanizowanych, zimnych.

Pierwsza część przedstawienia w Białostockim Teatrze Lalek jest trochę zabawna, trochę groteskowa, po trosze satyryczna. Budzi w widzach nie najmilsze uczucia nie tylko wobec pazernych urzędników ubezpieczeniowych, bezdusznych adwokatów, ale nawet wobec świata medycyny. Widzimy drepczące zabawnie i grupowo pielęgniarki (Magdalena Czajkowska, Łucja Grzeszczyk, Grażyna Kozłowska) i lekarzy służbiście, a bez cienia ludzkich uczuć, współczucia, zrozumienia czy żalu uprawiających swój medyczny proceder (Jacek Dojlidko). Poznajemy usłużnego adwokata (Wiesław Czołpiński) i drapieżnych ubezpieczycieli (Krzysztof Bitdorf i Błażej Piotrowski). Gra precyzyjnie pomyślana przez reżysera i świetnie wykonana przez aktorów jest może chwilami zbyt karykaturalna, ale jasno zarysowuje klimat zdarzeń, pokazując siatkę zależności, w jakie trafia człowiek poddawany transplantacji i ubezpieczeniom na wypadek choroby, kalectwa, niezdolności do pracy.

Druga część przedstawienia za sprawą głównego bohatera z opowiadania Stanisława Lema Czy pan istnieje, Mr Johnes? (wg scenariusza napisanego dla teatru przez Darka Jabubaszka) oraz gry Michała Jarmoszuka całkowicie zmienia klimat i atmosferę dziejących się wydarzeń. Od groteski i satyry przechodzimy z wolna do dramatu, tragedii - apokalipsy. Dramat rozgrywa się na linii - obrona interesu klienta i atak przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej. Tragedia narasta w starciu coraz bardziej znękanego Mr Johnesa z obiektywnym okiem sądowej sprawiedliwości, uzurpującej sobie pretensje do sprawiedliwości ponadczasowej. W obliczu ludzkiego nieszczęścia oko sprawiedliwości sądowej patrzy ostro i zimno, a głos jest rzeczowy, spokojny, obojętny. Dzięki znakomitemu wykonaniu tych zadań przez aktora Jacka Dojlidkę obraz starcia ludzkiego dramatu i władzy sądowniczej osiąga wymiar ponadindywidualny, uzmysławiając nam samotność człowieka wśród ludzi, w świecie, w kosmosie. Świetnie zarysowany kontrast gry trzech grup uczestników (urzędników, głosu sprawiedliwości i bohatera) pozwalał wczuć się nie zabawowo a poważnie w dramat Mr Johnesa, jego zejście ze sceny i zawładnięcie sceną przez Czarną Panią Alicji Bach.

Trzeba podnieść zalety gry wszystkich aktorów, którzy nie mając materiału do głębszej charakterystyki ani w tworzywie słownym opowiadania Stanisława Lema, ani w zdarzeniach akcji czy przeżyciach postaci - stworzyli przecież wyraziste i różnorodne sylwetki. Zamysł przedstawienia, kontrastowość jego obrazów, rytm działań, wymowa i przesłanie do widza na pewno należy do osiągnięć reżysera Krzysztofa Rau.
Pozostaje sprawa zawsze w teatrze drażniąca - multimediów. Odbierają teatrowi „to, co teatralne”, przydając walor widowiskowości, a więc czegoś w teatrze sztucznego i czegoś sztuce teatralnej obcego. Przy utworze Stanisława Lema rażą mniej i są jakby usprawiedliwione całym charakterem jego twórczości. Toteż świetnie sprawdziło się oko sprawiedliwości, mówiące zresztą swoim źrenicznym obrazem i wspaniale recytujące swoje kwestie. Także obrazy jadących samochodów tworzyły potrzebny tu klimat. Ale myślę, że ich wygaszenie w pewnych scenach opartych na dialogu, przyciemniając poświatę sceny, podniosłoby dramatyzm dialogów.

Na pochwałę zasługuje pomysł rozmowy po przedstawieniu. Bardzo ciekawie prowadzona dyskusja ujawniała nie byle jakie umiejętności aktorskie Izabeli Marii Wilczewskiej, występującej tu w roli prelegentki i prowadzącej. Młodzieżowa publiczność była nieśmiała i milkliwa. Ale aktorka swoje pytania i rozwinięcie odpowiedzi w imieniu publiczności zagrała wyśmienicie. Wychodziło się z teatru z przekonaniem o żywej i rozgadanej dyskusji, gdy aktorka mówiła za wszystkich tylko swoją dyskretną grą, z pytaniami do publiczności i sugerowanymi odpowiedziami, stwarzając wrażenie bujnego dialogu.

To przedstawienie i grę białostockich aktorów, a szczególnie Alicji Bach i Michała Jarmoszuka powinni poznać widzowie nie tylko w Białymstoku. I pomyśleć nad problemami w tym przedstawieniu postawionymi. Pisał kiedyś Klemens Krzyżagórski, obywatel Wałbrzycha, Wrocławia i Białegostoku, organizator teatrów lalek w Polsce i szkolnictwa artystycznego dla aktorów lalkarzy, znany reportażysta, publicysta i redaktor dwóch znakomitych pism „Odry” we Wrocławiu i „Kontrastów” (gdzie one się podziały?) w Białymstoku: „Taki dziś porządek świata, że ślepych wiodą wariaci. (...) Scenariusz tej „gry” można znaleźć w każdej bibliotece pod literą „s”. Shakespeare William – The Tragedy of King Lear.

Dowartościowanie teatru lalek myślącą literaturą jest szansą, że przekroczy on barierę oddzielającą go dziś od myślącej publiczności, wyrwie z rewirów dziecięcego tylko widza i płochej tylko rozrywki. Ale też nie sposób tej literatury wyrazić przy pomocy instrumentarium teatru lalek bez technicznej maestrii (...).” (Czym trzepotać na tej scenie?, „Teatr” 1972 nr 16).

MULTIMEDIA

odtwórz Trailer spektaklu "Czy Pan istnieje, Mr Johnes?"
Trailer spektaklu "Czy Pan istnieje, Mr Johnes?"

Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

Korzystając z serwisu internetowego Białostockiego Teatru Lalek akceptują Państwo zasady Polityki prywatności, wyrażają zgodę na zbieranie danych niezbędnych do administrowania stroną i prowadzenia statystyk oraz wyrażają zgodę na używanie plików cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na stronie.

Do góry btl kształt