Zobacz opis Zobacz opis sztuki: LIS
Kategoria BTL Nowa Dramaturgia
KATEGORIA WIEKOWA Dla młodzieży i dorosłych
CZAS TRWANIA 60 minut

LIS

OPIS

LIS

Lis – jaki jest, każdy widzi. Rudy. Chytry. Zwinny. A co jeśli byłby…martwy? Jeżeli leżałby bez wnętrzności – czując przez to nieznośną pustkę? Jeżeli głowiłby się nad sensem życia? Wyłącznie własnego, oczywiście. Jeżeli w końcu kategorycznie by się na to wszystko nie zgodził? Co wtedy?

Oto Lis – a raczej to, co z Niego zostało – leży beztrosko na stole Lalkarza. Oto Lalkarz – samozwańczy Demiurg – stoi złowieszczo nad Lisem. Dwie postaci. Dwa sprzeczne cele: Lisa – wrócić do starego życia, Lalkarza – nadać Mu życie nowe… Kto dopnie swego?

Utrzymana w klimacie absurdu, pełna humoru opowieść o życiu, śmierci, sensie i bezsensie, widziana oczami wypatroszonego Lisa, odpowie na wszystkie pytania. Dosłownie i po lisiemu.

27 lutego 2010
Premiera "Lisa" Marty Guśniowskiej w reż. Piotra Tomaszuka
Zobacz
24 lutego 2010
Konferencja prasowa przed premierą "Lisa"
Zobacz

TWÓRCY

autor
Marta Guśniowska
reżyseria
Piotr Tomaszuk
scenografia
Julija Skuratova (Litwa)
asystentka scenografa
Gintarė Vaivadaitė (Litwa)
muzyka
Piotr Nazaruk
video
Rafał Gąsowski, Mateusz Kasprzak

OBSADA

ZAPOWIEDZI PRASOWE

Przyjemności z umierania - "Lis" w BTL

Monika Żmijewska, "Gazeta Wyborcza", 24.02.2010

ROZWIŃ

Gdzie są moje flaki, gdzie jest mój środek, to teraz taki pusty już mam być? - wbrew pozorom dylematy pewnego Lisa wcale nie są takie niezwykłe. Zła wiadomość, to taka, że każdy z nas z takim pytaniem w końcu się zmierzy. Dobra: z czasem w braku wnętrza można znaleźć przyjemność.

W Białostockim Teatrze Lalek trwają ostatnie próby przed premierą spektaklu "Lis". Po 25 latach do BTL wraca Piotr Tomaszuk, szef teatru Wierszalin, który przedstawienie reżyseruje. Sztukę napisała pracująca w BTL Marta Guśniowska, utalentowana autorka sztuk dla dzieci, która tym razem debiutuje jako pisarka dla dorosłych. Autorką scenografii jest Julia Skuratova, znakomita artystka z Litwy, która dwa lata temu przygotowała świetną scenografię do "Bieguna", obsypanego nagrodami przedstawienia w BTL. Jej obecność niemal gwarantuje, że scenografia do "Lisa", choć minimalistyczna, może być równie przejmująca. Wreszcie - Ryszard Doliński, mistrz improwizacji, który wciela się w postać Lisa, znękanego życiem osobnika, który zaczyna "żyć po życiu" i to wcale nienajgorzej.

- Lis nagle budzi się i stwierdza ze zdumieniem, że ktoś wyżarł mu środek. Słowem - nie żyje. Cała historia to rzecz o życiu, opowiedziana przez pryzmat śmierci - opowiada o swojej sztuce Marta Guśniowska (autorka wydanych przez BTL "Baśni" oraz m.in. spektaklu "CDN" i "Podgrzybek", wystawianych w białostockim teatrze).

Piotr Tomaszuk: - W pewnym sensie mamy do czynienia tu z quasi-kantorowską sytuacją: oto ciało umarło, ale dusza nadal żywa, Lis zaczyna deliberować z tą sytuacją śmierci. Nagle o życiu dowiaduje się więcej niż za życia, bo tak to już jest - o czymś dowiadujemy się w sytuacji straty tego czegoś. Ale wcale nie będzie tak ponuro, jakby się mogło wydawać. Naszemu bohaterowi najpierw jest oczywiście bardzo przykro, że umarł, ale później odkrywa przyjemności z umierania. Można sobie np. zrobić tatuaż, i już nie będzie bolało. To teatr z przymrużeniem oka, o rzeczach poważnych, ale uwydatnionych w sposób żartobliwy.

Aktor - czyli krew

Na scenie - stelaż na kółkach, szpitalne łóżko. Na łóżku - sflaczały osobnik przykryty lisią skórą (Doliński). Wokół niego kręci się drugi osobnik o anturażu rzeźnika (Krzysztof Bitdorf). Ściąga skórę z leżącego, metodycznie rozpina ją na stelażu, odchodzi. Budzi się pierwszy osobnik, wstaje ciężko, twarz znękana, ruchy powolne, jakby - mówiąc kolokwialnie - bardzo się poprzedniego dnia upodlił (Doliński jest mistrzem w pokazywaniu twarzą i ciałem jakież to życie bywa trudne, gdy każdy centymetr otaczającego nas powietrza sprawia wrażenie, jakby ważył tonę). Zapala papierosa, widzi własną skórę, jeszcze nie dowierza, ale już mu świta:

- No nie wierzę! Położysz się na chwilkę zaśniesz, wstaniesz i okazuje się, że ktoś ci flaki zapieprzył! Niczego nie można być pewnym - bulwersuje się Lis.

Doliński, na pytanie, jak się czuje w lisiej skórze, a właściwie już bez niej - odpowiada w swoim stylu: - Cóż, wchodzę, zapalam papierosa, patrzę: swoi ludzie... No i jakoś się odnajduję - żartuje aktor. Ale poważnie mówiąc - zawsze mi się z Piotrem dobrze pracowało. Tekst jest autentycznie śmieszny, podczas prób zdarzały się nam takie odloty...

Tomaszuk w BTL debiutował przed ćwierćwieczem (wtedy też, razem z Dolińskim pracował na jednej scenie). - Wygląda na to, że od lisa zaczynałem [reżyser zrealizował m.in. tu "Polowanie na lisa" Mrożka - red.] i do lisa wróciłem - mówi reżyser. - Cieszę się, że zostałem zaproszony do pracy w teatrze. Białostocki Teatr Lalek nauczył mnie tego wszystkiego, co później, w swojej pracy reżysera-outsidera, rozwijałem i kształciłem. To tu tak naprawdę dowiedziałem się kim jest aktor w teatrze. Że aktor to nie tylko farba do malowania, ale żywa farba. Czyli krew. A jeśli to krew, to malować trzeba odpowiedzialnie, bo to wiele kosztuje.

Tekst w dobrych rękach

"Lisa" Marta Guśniowska napisała prawie dwa lata temu. - Podczas rozmów z Martą właściwie od razu wiedzieliśmy, że wybór Piotra na reżysera jest oczywisty - mówi Marek Waszkiel, szef BTL o decyzji, kto będzie reżyserował spektakl. - Zresztą już dawno się przymierzaliśmy do tego, by poprosić go, by cos u nas zrealizował. Chyba nie ma w Polsce reżysera, który tak czyta tekst poprzez teatr. I jednocześnie jest lalkarzem.

Podczas prób tekst sztuki nieco zmienił się w stosunku do pierwowzoru. - Praca od początku jest bardzo ciekawa, nie zdarzyło mi się dotąd, by wręcz codziennie, na kolejną próbę, drukować zakończenia sztuki na nowo, po poprawkach sugerowanych przez reżysera. Ale oddałam tekst w dobre ręce - śmieje się Marta Guśniowska.

Tomaszuk się rewanżuje: - W swoim życiu nie tylko Guśniowską trochę przeredagowałem, ale też choćby Wyspiańskiego. Jeszcze Marta byłaby zawiedziona, gdybym tego nie uczynił, i co? Prawda jest taka, że praca nad spektaklem to ciągła ewolucja. Literatura to jedno, a praca w teatrze, na żywym materiale - to drugie. Wtedy jest najbardziej tajemniczo, oto coś dzieje się, zmienia na naszych oczach, codziennie. Ta nasza sytuacja to sytuacja wręcz wspaniała - spektakl tworzony jest przy żyjącym autorze, któremu szare komórki jeszcze nie zastygły, który ma swoje uwagi. Do tego jeszcze praca aktorów. Rysiek Doliński to samorodny talent improwizatorski. On gra cały czas improwizując, co też wpływa na ewoluowanie spektaklu. Byłbym głupcem, gdybym z tego nie skorzystał.

Lis - sztuka dla dorosłych

(ak), "Kurier Poranny", 24.02.2010

ROZWIŃ

Ten spektakl to unia polsko-litewska we właściwym wydaniu – mówi Piotr Tomaszuk, reżyser najnowszej sztuki wystawianej w Białostockim Teatrze Lalek. To zabawny obraz śmierci przedstawiony w niecodziennym środowisku – w świecie zwierząt.

- To przedstawienie o życiu opowiedziany przez pryzmat śmierci – mówi Marta Guśniowska, autorka tekstu "Lisa“. – Pewnego dnia Lis budzi się i że zdziwieniem stwierdza, że ktoś wyżarł mu środek, jest pusty. Umarł i nie wie, jak to się stało.

Guśniowska, znana głównie jako autorka sztuk dla dzieci, tym razem debiutuje ze spektaklem dla dorosłych. "Lisa“ wyreżyserował Piotr Tomaszuk, dyrektor Teatru Wierszalin w Supraślu. W BTL-u debiutował dokładnie 25 lat temu z przedstawieniem "Polowanie na lisa“.

– Od lisa zaczynałem i do lisa wróciłem – mówi reżyser. – Ten teatr nauczył mnie wszystkiego, co później w swojej karierze reżysera-outsidera, rozwijałem i kształciłem. To tu dowiedziałem się, że aktor to żywa farba do malowania.

Scenografię do spektaklu przygotowała litewska artystka Julija Skuratova. Znana także jako autorka scenografii wielokrotnie nagradzanego "Bieguna“. Oprawę muzyczną stworzył Piotr Nazaruk. Na scenie zobaczymy tylko dwóch aktorów. W rolę Lalkarza wcielił się Krzysztof Bitdorf, a tytułowego lisa zagra Ryszard Doliński. Jak mówi, z reżyserem pracuje się bardzo dobrze, a w roli Lisa czuje się niezwykle swobodnie.

– Wchodzę, zapalam papierosa, widzę swoich ludzi i jakoś się odnajduję – mówi Doliński. – Tekst jest naprawdę śmieszny i zapewniam, że na przedstawieniu wszyscy będą się świetnie bawili.

Do ostatecznej wersji "Lisa“ reżyser wprowadził swoje poprawki.

– Praca nad spektaklem to ciągła ewolucja. Literatura to jedno, a praca w teatrze, na żywym materiale, to drugie. Wtedy jest najbardziej tajemniczo – mówi Piotr Tomaszuk. – Ta sztuka tworzy się przy żyjącym autorze, który oczywiście ma swoje uwagi. Byłbym głupcem, gdybym z tego nie skorzystał.

Marta Guśniowska zapewnia, że oddała tekst w dobre ręce.

– Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się żeby niemal codziennie drukować nową wersję sztuki – śmieje się. – Od początku praca nad nią była bardzo ciekawa.

"Lis“ to pełna humoru i absurdu opowieść o życiu, śmierci, sensie i bezsensie, widziana oczami wypatroszonego Lisa. W momencie śmierci bohater dowiaduje się o życiu więcej niż za życia.

– To teatr z przymrużeniem oka, o rzeczach poważnych, ale pokazanych w sposób żartobliwy – mówi reżyser. – Śmierć przedstawiona zostanie w krzywym zwierciadle.

GALERIA

RECENZJE

Lisi kłopot z brakiem środka

Monika Żmijewska, "Gazeta Wyborcza", 28.02.2010

ROZWIŃ

Stary wyleniały lis powie wam w teatrze rzecz ważną: - Z pustką w środku żyć się nie da. Ba, nawet umrzeć jak należy - się nie da. Wnętrze mieć trzeba. Bylejakie, byleby było.

W Białostockim Teatrze Lalek oglądać można "Lisa" - pierwszą sztukę Marty Guśniowskiej napisaną dla dorosłych, w reżyserii Piotra Tomaszuka. Na pierwszy rzut oka to jakby wariacja wokół starej i dość makabrycznej wyliczanki dla dzieci, zaczynającej się od słów: "Chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki ani nogi...". Tu sprawa jednak "idzie" dalej - oto Lis któregoś dnia budzi się, jak po ciężkim kacu, i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że ktoś ukradł mu środek. Konkretnie mówiąc - wnętrze, flaki, coś czym może trawić, wydalać itp. itd. Lis widzi swoją skórę rozpiętą na stelażu, maca się po pośladkach, sprawdzając czy jeszcze są (niby tak, a jednak nie), czy może jeszcze pewne czynności życiowe wykonać... Efekt badań jest kiepski. Wygląda na to, że Lis umarł, i że ogląda siebie już z wyżyn pośmiertnych.

Co dalej? Trochę buntu, trochę złości, potem już tylko próba akceptacji stanu zastanego i odnalezienia czegoś pozytywnego w nowej rzeczywistości. Bo owszem, pozytywy można odnaleźć - choćby fakt, że po śmierci nic już nie boli, więc można np. zrobić sobie tatuaż; albo fakt, że człowiek się już nie boi, bo czego tu się bać, skoro najgorsze się już zdarzyło. Problem w tym, że gdy emocje już opadną, trzeba czymś zająć myśli, np. pobawić się nową rzeczywistością. Ale to tylko ułuda, tak naprawdę brak własnego środka, choć boleć nie powinien, to jednak boli. Lis czuje się niepełny, chce mieć własne wnętrze, jakiekolwiek, byleby było. Trudna sprawa. Tak jak ze straszliwą pustką, której człowiek doświadcza z różnych przyczyn, w różnych okresach swego życia. Próbuje ją zapełnić rozmaitymi czynnościami, zagadać, obśmiać błazeńsko, nawet się z nią zaprzyjaźnić. Nic z tego - pustka, tak jak brak wnętrza Lisa, nadal uwiera.

W spektaklu BTL o rzeczach ważnych opowiada się w sposób lekki, bezpretensjonalny, żartobliwy. Finezyjny dowcip jednak wcale nie przysłania tego co istotne, wręcz przeciwnie - w spiętrzeniu absurdów, ból tu i ówdzie się pokaże, może nawet jest wyraźniejszy i bardziej ludzki.

To zasługa świetnego improwizatora, Ryszarda Dolińskiego w roli Lisa. Serwuje widzom feerię min i gestów, strzela oczami na prawo i lewo, zdaje się doskonale bawić swoją postacią. Ciekawy jest moment, gdy wstaje z łóżka, próbuje sobie przypomnieć co było wczoraj, minami odgrywa stan, w którym czujemy się jak z Picassa, gdy każda część ciała jakby nie była na swoim miejscu. To mistrzowskie momenty - zagrana niechęć do własnego samopoczucia, ale i czułość do własnego ciała, które poprzedniego dnia dość mocno się upodliło... A potem po kolei: moment niedowierzania; ja nie chcę umierać, gdzie ja jestem, bo gdzie niby lisy idą po śmierci?

Doliński ma wielką łatwość improwizacji, interakcji z widzami (tu też próbuje się komuś wcisnąć w fotel sądząc, że ta gromada przed nim siedząca, czeka w kolejce na symboliczną górę, bądź na dół). Lis w jego wykonaniu jest jurny, chamowaty, ale też i sympatyczny, bo na wskroś ludzki, tak naprawdę samotny, choć udaje, że nim nie jest. Samotność i niepewność trzeba czymś zapełnić, a z czasem, w nowej rzeczywistości pojawiają się pytania: na co umarłem? Może z głodu? To już coś, prawie jak śmierć męczeńska. A może zostałem stracony? A może podczas seksualnych swawoli?

Koło pytań zaczyna się kręcić, Lis też się nakręca. Skoro wszystko wydaje się tak banalne, to przecież można ubarwić na własny użytek. Tak oto lisi baron Munchhausen rozwija swoje talenty - wspomina liczne przygody i bujne życie erotyczne, prowadzi własną wojnę, rozgrywa bitwy. Tu wszystko jest możliwe, nawet batalion koreańców w kieszeni. Wystarczy zacząć od jakiegoś drobiazgu, a absurd goni absurd. W efekcie w spektaklu mamy trochę Jasia Fasoli (wystarczy przypomnieć sobie scenę, gdy Jaś w sklepie z zabawkami w okresie przedświątecznym rozwala zainstalowany tam żłóbek i konstruuje własną historię nowotestamentową, w której spokojnie śpiącego Jezuska atakują dinozaury.. Lis czasem Jasia przypomina). Trochę tu klimatu Kiepskich. Żarcik z Don Kichota, Hamleta i jego czaszki. Czaszki zresztą mają tu niebagatelne znaczenie - choć zwierzęce (znakomita scenografia Julii Skuratovej, w której kości, metal, ekran, slajdy znakomicie podkreślają rozdźwięk między światem duchowym a cielesnym).

Dolińskiemu na scenie towarzyszy Krzysztof Bitdorf, w roli ni to sekcyjnego pomagiera, ni to boskiego pomocnika - urzędnika, a także sam reżyser, który ma ostatnie słowo i winduje głównego bohatera tam gdzie należy (więcej jednak nie zdradzimy, by nie psuć efektu niespodzianki).

Słowo jeszcze o tekście Guśniowskiej - jest zabawny, rubaszny, ale i mądry, w sposób żartobliwy mówiący o sprawach niebagatelnych. Śmieszy niekiedy sama gra słów (Lis erotoman wygłasza kwestię: Niedźwiedzica nie tykała mnie.., choć właściwie tykała, no i któregoś dnia poczułem się dotknięty).

Słowo o muzyce Piotra Nazaruka - nienachalnie podkreśla lekkość i frywolność spektaklu.

I o finałowej scenie licytacji lisiego wnętrza - gdy Lis uświadamia sobie, że wybrzydzanie prowadzi donikąd. Wsłuchajmy się w to, co mówi. I - jakkolwiek teraz brzmi to niedorzecznie - po powrocie do domu przytulmy własny środek.

Kontrapunkt dzień piąty: za dużo pokazane za mało powiedziane

Agata Pasek, www.kultura.stetinum.pl, 25.04.2010

ROZWIŃ

Współczesny Teatr stawia na formę – taki wniosek można wyciągnąć z ostatnich pięciu dni festiwalu. Jeżeli nie jesteśmy akurat atakowani videoartem, ostrymi dźwiękami czy reportażo-spektaklem, wydaje nam się, że każdy kolejny Teatr mówi o tym samym. Czyżby wyczerpały się tematy?

Niestety tegoroczny Kontrapunkt może być dowodem na to, że w teatrze widoczny jest pewien zastój. Brakuje świeżości, brakuje treści, a każde kolejne wygibasy na scenie zdają się zadawać wciąż te same pytania – o wolność, o tożsamość i o wojnę. Zmęczona już tym monotonnym umartwianiem publiczność z optymizmem przyjęła wczorajszy spektakl Białostockiego Teatru Lalek „Lis”, który może i bez wzniosłego celu, ale zabawnie i z polotem uczy nas, co jest w życiu najważniejsze. Zestawienie ludzkich relacji z żywotem ognistorudego lisa okazało się znakomitą metodą na chwilę relaksu i refleksji, której brakowało podczas tegorocznego Kontrapunktu. Ten „Teatr śmierci z przymrużeniem oka”, jak nazywa go sam reżyser Piotr Tomaszuk, to opowieść o życiu z perspektywy wypatroszonego lisa, któremu zależy już tylko na odnalezieniu swojego wnętrza. Ryszard Doliński – tytułowy lis znakomicie improwizuje i bawi się z publicznością. Przyjemnie było oglądać, tak rzadkie w polskim teatrze groteskowe i absurdalne podejście do śmierci. (...)

Gra o niepodległość

Katarzyna Olczak, "Dziennik Gazeta Prawna nr 88/07/09-05-10" dodatek- Kultura, 7.05.2010

ROZWIŃ

(...) Niesłusznie niedoceniony przez jurorów został "Lis" Piotra Tomaszuka z Białostockiego Teatru Lalek. Historia trochę jak z bajki dla dzieci (choć to sztuka dla dorosłych). Lis umiera i szuka swojego "wnętrzunia" w niebie. Przezabawne są historyjki podkoloryzowane przez głównego bohatera i wspaniale odegrane przez Ryszarda Dolińskiego (nawet podczas awarii prądu, gdy przyszło występować przy trzech z 30 reflektorów). Umiejętnie użyto rekwizytów symbolizujących poszczególne postaci. Zachwyca forma tego niewielkiego przedstawienia. Jego absurdalne poczucie humoru w połączeniu z na poły ironicznym użyciem m.in. małych ekranów i myśliwskich trofeów pokazuje świeże podejście do teatru przygotowanego za pomocą znanych metod, ale za to w zupełnie nowych zestawieniach.

Tegoroczny Kontrapunkt pokazał, że czasem lepiej nie nastawiać się na artystyczne sukcesy głośnych reżyserów. Pokazał to najwyraźniej "Chór jest w wielkim błędzie" Renę Pollescha z berlińskiej Volksbuhne. Może się bowiem okazać, tak jak to było tym razem, że przyjdzie nam oglądać powielone schematy i słuchać wciąż tych samych treści - krytyki kapitalizmu - tylko w nieco zmienionej formie. Zaskoczyć mogą z kolei spektakle, jak chociażby "Lipiec", "Lis" czy "Dritte Generation", które w granicach regulaminowych wytycznych potrafią wygospodarować własne pole teatralnej niepodległości.

Od polowania do apoteozy

Hanna Baltyn, „Teatr Lalek”, nr 2-3/100-101/2010

ROZWIŃ

Lis Marty Guśniowskiej to sztuka oryginalna i pomysłowa, drapieżna i dowcipna. I zdecydowanie nie dla dzieci. Koncept jest wprawdzie prościutki - ot, lisie życie po życiu - ale ujęty w słowa okazuje się niebywale zabawny, zwłaszcza w wykonaniu Ryszarda Dolińskiego, perły Białostockiego Teatru Lalek, gdzie konkurencja aktorska jest naprawdę duża. Dodatkową atrakcją jest fakt, że za tekst Guśniowskiej wziął się Piotr Tomaszuk, który w Białymstoku wyreżyserował ostatnio głośne Polowanie na lisaSławomira Mrożka, a owo „ostatnio” to był rok 1989. Dane wyjściowe były zatem szalenie obiecujące i nie doznałam zawodu, mimo iż spektakl padł ofiarą awarii sieci energetycznej - oglądałam go na „Kontrapunkcie” w Szczecinie - odbywał się bez zmian światła, grany na jednym reflektorze. Ale projekcje udało się uratować - kosztem zniszczonego pierwotnie i dopożyczanego potem sprzętu (bo gdzieżby miał się podziać w finale Lis, jak nie w lisim niebie?), sferę dźwięków takoż. Były więc dowcipnie użyte Gwiezdne wojny i Lekka kawaleria - wszystko jak trzeba i w tych miejscach co trzeba. No i wystąpił na koniec sam Piotr Tomaszuk, Reżyser i mistrz niebiańskich ceremonii oraz Lalkarz (Krzysztof Bitdorf, grający także na instrumentach fragmenty muzyki Piotra Nazaruka).

Lis Dolińskiego to pijak, palacz, dziwkarz, łobuz, złodziej i menel, słowem wzorzec etyczny na opak wywrócony. Inteligentny, podły, małostkowy. A jednocześnie istota potrafiąca śmiać się z siebie, wzruszająca w swym pogodzeniu z marnym końcem, w poszukiwaniu wywalonych przez oprawcę bebechów, czyli wnętrza, w swoich sentymentalnych, nierzadko wstydliwych wspomnieniach, z quasi-homoseksualnym incydentem włącznie. Ma swoją godność, nie chce być byle kołnierzem, nędznym eksponatem z muzeum łowiectwa. Potrafił ograć wszelkie niesprzyjające okoliczności, nawiązując natychmiast kontakt z widownią, która śmiała się jak łaskotana. Wprawdzie z początku obawiałam się, że może przesadzać z gierkami, ale podbił moje serce w scenie odgrywania totalnej „rozpierduchy” wrednych Zajęcy (błagam, niech cenzura nie wykreśla mi tego słowa, bo jest jak najbardziej w poetyce sztuki). Żal mi trochę zmienionego zakończenia - w oryginalnym tekście sztuki Guśniowska zaproponowała reinkarnację Lisa w Kurczaka. Na scenie tymczasem Lis tuli się do odzyskanego „wnętrza” - kuferka, gdzie ma na taśmie zapisane całe swoje życie, z którym poszybuje do nieba. Bardziej to liryczne, za to oryginał bardziej ironiczny.

Przestrzeń zorganizowała Julia Skuratova w swoim makabryczno-poetyckim stylu, nie zabrakło więc czaszek, piszczeli i innych gnatów, są tu też ekrany, mobile i rozciągnięta na ramie lisia skóra, brutalnie zerwana z grzbietu bohatera. Flaki obscenicznie chlupoczą w słoju, puszka po konserwach robi za popielniczkę, zwierzęce kościane głowy zdobią peruki, czyniąc z nich jakąś parodię szkieletu Madame de Pompadour. Są na ekranach dymki jak z komiksów, ale wprowadzenie sygnałów popkulturowych nie budzi buntu widzów, nie jest modniastym, koniunkturalnym wpisywaniem się w powszechnie zrozumiałe klisze. Premiera była dopiero w lutym, więc mam nadzieję, że spektakl ten jeszcze dojrzeje i będzie - obok wielu innych - ozdobą sceny dla dorosłych Białostockiego Teatru Lalek.

Jak wspomniałam, sztukę oglądałam w Szczecinie, gdzie przy okazji festiwalu wydawana jest gazetka „Mała Forma”. Lis przepadł w konkurencji, zresztą LipiecWyrypajewa w wykonaniu Karoliny Gruszki (też rodzaj monodramu) był bezkonkurencyjny przez swą wynalazczość wypowiedzi, to było coś między zaśpiewem i rapem, porównywalnego, jak upiera się redaktor Andrzej Matul z Polskiego Radia, jedynie z Ewą Demarczyk i Balladą o cudownych narodzinach Bolesława KrzywoustegoGalla Anonima - czyli absolutnym cudem wokalistyki. Pozwolę sobie na marginesie tej recenzyjki na parę uwag o młodzieży, która - nie chcę nadużywać dużych słów - poraziła mnie swoją pryncypialnością, zasadniczym podejściem (jak mowa o śmierci, to musi być na poważnie, najlepiej na najwyższym diapazonie), brakiem poczucia humoru, wymaganiami jak z przysłowiowego Wersalu. Dlatego, pozwolą Państwo, zacytuję parę zdań o Lisie autorstwa Kaśki Plebańczyk z „Małej Formy” z dnia 25 IV 2010. Twórcy (...) postanowili pokazać, jak wygląda świat po śmierci lisa. A świat ten nie wygląda specjalnie oryginalnie - nie ma się flaków, pić nie można, samiczek nie można, ogólnie, sytuacja przedstawia się dość kiepsko. Tyle wytłuszczony lead - dalej jest pretensja, że partnerki seksualne Lisa (bo do opowieści o nich sprowadza się podobno treść sztuki) pochodzą z różnych gatunków, ogólna pochwała, acz z zastrzeżeniami (szowinistyczny wydźwięk przedstawienia), gry Ryszarda Dolińskiego, że humor jest niski i nie przystaje do poruszanej przez spektakl tematyki. Potraktowanie w tak lekki sposób problemu śmierci jest sposobem oswajania z nią, ale również banalizuje tę kwestię i nie pobudza do refleksji. (...) Celne uwagi na temat odchodzenia umieszczone między całowaniem sarny a akrobatyczną kopulacją z nietoperzycą zagłuszyły niestety salwy śmiechu widzów.

Cóż, dla jednych stety, dla drugich niestety. Żal mi pokolenia spod znaku AIDS, już w nastoletnim życiu świętszego od wszystkiego. Nie wychwalam cynizmu, ale życie po tym życiu to zweryfikuje. Nie składa się bowiem społeczeństwo z samych książąt i księżniczek niezłomnych - ci występują tylko w bajkach i innej literaturze.

Śmiejmy się z Lisa

Monika Roman, "Dziennik Teatralny", 23.07.2011

ROZWIŃ

Autorką sztuki wyreżyserowanej przez Piotra Tomaszuka jest Marta Guśniowska. Treść spektaklu znacznie odbiega od pierwotnego tekstu dramatu. W trakcie prób przedstawienie ulegało licznym modyfikacjom i ulega nim w ciągu kolejnych wystawień, przede wszystkim za sprawą "talentu improwizatorskiego" Ryszarda Dolińskiego. "Lis" to najogólniej mówiąc pośmiertna refleksja o życiu, o tym jakimi uczynkami je wypełniamy - wszak od tego zależy czy jest ono wartościowe, czy też nie

Martwy Lis zostaje wwieziony na scenę przez Lalkarza, który wyglądem przypomina rzeźnika - nosi skórzany fartuch z przymocowanymi fragmentami rudych ogonków, ale też sztukmistrza - na głowie ma charakterystyczny, czarny cylinder. Iluzjonista-rzeźnik, kreator scenicznej rzeczywistości, gwałtownym ruchem zrywa ze zwierzęcia skórę. Oddzieloną od reszty ciała rozpina na stelażu, w którego lewym górnym rogu przymocowano lisią czaszkę. Ścierwo lisa przez cały spektakl będzie wisiało w tym samym miejscu, po środku sceny. Futro i czaszka pełnią funkcję lalek Lisa. Są jego rozczłonkowanym odbiciem. Lis funkcjonuje zatem na scenie podwójnie w formie lalek - skóry i czaszki (później również miniaturowej pacynki) oraz aktora dramatycznego który nie ucharakteryzowany tak, aby rude zwierzę przypominać. Odtwórca roli jest animacją przedmiotu-skóry, ponieważ ożywia ją swoją osobą, nie porusza bezpośrednio materią, lecz ją odgrywa. Skóra potraktowana została jako rodzaj maski której aktor nie nosi, lecz trzyma w określonej odległości od siebie. Od momentu zdjęcia z lisiego ciała, skóra nie ożyje ani razu, czasem zostanie dotknięta przez lisa, w niektórych momentach będzie manipulował nią Lalkarz. Jednak ciągle będzie bezpańską rzeczą martwą, bierną, z którą każdy może uczynić to, co uzna za stosowne. Czaszka natomiast, będzie ożywiana bezpośrednio, przez główną postać sceniczną.

Skóra jest powłoką ciała oddzielającą od rzeczywistości, chroniącą je przed światem. Odarcie ciała z tej otoczki, powoduje, że zabezpieczane dotychczas przez nią wnętrze staje się widoczne i tym samym łatwe do zmonitorowania. Skóra, potraktowana została jak Cerber, który strzeże wnętrza przez oczami ciekawskich. Pomaga zatem ukryć tożsamość, udawać, zakrywać te zakamarki ludzkiej osobowości, które nie mogą być wystawione na widok publiczny.

No co to ma znaczyć?! Co to ma, do cholery, znaczyć?! Jak ja wyglądam?! Gdzie moje wnętrze? Gdzie moje … flaki?!! Nie… No nie wierzę! Nie wierzę! No coś podobnego! Położy się człowiek na chwilę pod drzewem, zdrzemnie się, a jak się obudzi to się okaże, że ktoś mu … flaki zapieprzył.

Zamknięte w słoiku wnętrzności stawia na stole ich obecny właściciel - Lalkarz rządzący sceniczną rzeczywistością. Pozbawione kryjówki wnętrze Lisa, zostaje dane do obejrzenia publiczności. Widzowie mogą je oglądać dokładnie, ze wszystkim stron. Jednak ta inspekcja nie dotyczy tylko zwierzęcia, ponieważ na scenie generowana jest sytuacja symboliczna: Lis to znak ludzkości, świadczą o tym wielokrotnie nadawane sygnały, najważniejszy z nich: bohater mówi o sobie człowiek. Analiza zawartości „środka” głównego bohatera stanowi zatem również rozbiór „środków” publiczności. Ogląd ich składu, ma służyć sprawdzeniu co sprawia, że oprócz szeregu organów służących do trawienia, oddychania czy oddawania moczu w ludzkim organizmie znajduje się również tzw. dusza – istota naszego człowieczeństwa.

Lis przeoczył własną śmierć, ponieważ się jej nie spodziewał. Domyślał się istnienia śmierci, obserwował na co dzień, zadawał innym, ale nigdy nie odnosił faktu umierania do siebie. Zachowywał się zatem zupełnie tak, jak większość ludzi. Nie akceptował i nadal nie akceptuje śmierci jako naturalnego zakończenia życia. Dopiero szczegółowa analiza sytuacji pozwala mu na wysnucie wniosku o własnej śmierci. Ilustracją tej chwili jest projekcja niewinnego lisa-aniołka. Lis obserwuje wyświetlany obraz i odnosi go do siebie. Granica pomiędzy odtwarzanym filmem a postacią zostaje zatarta, ponieważ odbiera ona od Lalkarza te same przypominające lisie łapki skrzydełka, które ma zwierzę wyświetlane na ekranie. Niegdyś żywy Lis jest teraz ciałem, które śmierć przemieniła po prostu w zwłoki. Lis nie akceptuje wyglądu swego trupa:
Co ja mam w ogóle za nos?! Co to, do cholery jest?! Rodzynka?! Przecież to obrzydliwe!

Zmarły nie jest już właścicielem swego ciała. Nie może go kontrolować, dbać o jego formę i kształt ani też wykonywać za jego pomocą żadnych czynności. Zwłoki wszak nie należą już do niego, nie mają obecnie związku z życiem, znajdują się w czasie przejściowym, pomiędzy dwoma odmiennymi sposobami istnienia. Nie żyją już, ale wciąż są obecne dopóki natura nie dokona rozkładu. Ciało było tylko mieszkaniem Lisiego „ja”, które „ja” po śmierci opuściło. Dozór nad tym domem przejął niemy Lalkarz-demiurg, który może usunąć z lisiego truchła dowolne elementy, bądź też uzupełnić je wybranymi przez siebie detalami. Lis-Aktor obserwuje więc swoje ciało z dystansu, z określonej odległości. Początkowo wydaje mu się, że ciągle jest w jego posiadaniu, ale gdy zauważa, że dręczone rozciąganiem nie odczuwa bólu, rozumie, że nic go już z nim nie łączy. Martwe ciało nie odbiera i nie przewodzi do umysłu zmarłego żadnych bodźców.

Rozważania na temat funkcji, które może pełnić ciało po śmierci wytwarzają w oglądających pewne napięcie, strach, które Tomaszuk rozładował poprzez humor Lis-trup, z racji „nic nieczucia” może zrobić teraz to czego bał się za życia, ze względu na związany z określoną czynnością ból. Miianowicie:
Mógłbym se teraz tatuaż walnąć! Aha! Taki z czaszkami! Albo z rewolwerem!

Bohater, przestrzeń w której przebywa, nazywa poczekalnią. To miejsce bliżej nieokreślone - nie jest to wyobrażenie ani nieba, ani piekła. Prawdopodobnie zatrzymał się w czyśćcu, pośrednich zaświatach, gdzie niektórzy zmarli przechodzą próbę, związanych z ideą odpowiedzialności indywidualnej człowieka sądzonego za grzechy popełnione na własną odpowiedzialność. Czyściec, w którym znajduje się Lis, odbiega od wyobrażeń chrześcijańskich - tutaj żywi nie mogą pomóc zmarłemu i wpłynąć na jego ewentualne zbawienie. Stanowi natomiast miejsce rozważań. To martwy punkt, zamknięta przestrzeń, rodzaj więzienia, a znajdujący się tu zmarły nie należy do żadnego ze światów: ani do świata żywych, ani do świata umarłych. Zachowania i rozterki osadzonego w czyśćcu można podglądać przez dziurkę od klucza- wskazuje na to projekcja zamka w drzwiach, pojawiająca się w chwili rozmyślań więźnia na temat rodzaju nazwy, którą należałoby nadać miejscu jego tymczasowego pobytu. Wyświetlony obraz sugeruje widzowi, że stał się obserwatorem nieudolnych, bezsensownych starań Lis, mających doprowadzić do opuszczenia miejsca, będącego niestety przestrzenią definitywnie zamkniętą. Wydostanie się z niej nie leży w mocy osoby uwięzionej.

Lis snuje domysły na temat rodzaju poniesionej śmierci. Rozmyśla, bada każdą możliwość ze wszystkich stron, zastanawiając się, która z nich byłaby najlepszą, najdostojniejszą, najbardziej godną podziwu. Zauważamy tutaj odniesienie do „ars moriendi”, według której sposób i jakość umierania mogły mieć wpływ na przyszłe życie konającego. To nawiązanie nadaje Lisim rozważaniom wymiar komiczny, ponieważ ewentualne sposoby śmierci nie mają nic wspólnego z męstwem. Wręcz przeciwnie. Są to skutki tchórzostwa, nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, głupoty oraz niczym nie pohamowanego popędu płciowego. Efekt groteski potęgują projekcje filmowe wyświetlane na dużych ekranach. Ekrany umiejscowione są na stelażach-wózkach, którymi porusza Lalkarz: nieustannie wjeżdżają i wyjeżdżają ze sceny, obrazując Lisie rozważania. Trzeba jednak podkreślić, że humor generowany jest wszystkim dzięki żywiołowej grze Ryszarda Dolińskiego. Egzaltowane, na pozór nie pasujące do sytuacji gesty aktora, dynamika twarzy, głos odpowiednio modulowany podczas pikantnych opowieści tworzą postać rubaszną, która dzięki swym niepoważnym zachowaniom oswaja lęk przed umieraniem i mówieniem o śmierci.

Nietypowa analiza, to podróż w głąb Lisa, dziurka od klucza, przez którą obserwuje się jego naturę. Rozrachunek z nie zawsze chlubną przeszłością, To rozważania dotyczące ludzkiej natury, wszystkiego co wypełnia „wnętrze człowieka”.
Przepuszczeń o rodzaju śmierci jest kilka. Można jednak, biorąc pod uwagę jej przyczynę, pogrupować sposoby umierania na dwie kategorie, podporządkowane dwóm „przyczynom głównym”. Są nimi: pierwotne potrzeby związane z podtrzymywaniem funkcji życiowych (zaspokajanie głodu) i chęcią przedłużania gatunku (seks).

Dawno nic w psyku nie miałem… To mogło być z głodu! Aha! Z głodu … To prawie jak śmiercią męczeńską.

W pierwszej kategorii mieści się śmierć głodowa, spowodowana niezjedzeniem sutego posiłku podnoszona do rangi śmierci męczeńskiej. Kolejny rodzaj śmierci również ma związek z piątym grzechem głównym. Jego przejawem było polowanie na zające, którego konsekwencją miałoby być stracenie na podstawie wyroku wydanego przez Sowę. Podczas Lisich retrospekcji ujawnia się wiele cech osobowości zmarłego: tchórzostwo przejawiające się w dręczeniu osobników słabszych, a unikaniu silniejszych, zarozumiałość, skłonność do mówienia nieprawdy. Historie, których wysłuchanie daje nam takie wyobrażenie o charakterze bohatera, przedstawione są podczas improwizacji scenicznej, będąca absurdalną, nierealną, opowieścią.

Pod drzewem, które posłużyło bohaterowi za kryjówkę przed ścigającym kundlem, pojawiają się zające i naigrywają się z Lisiego braku odwagi. Postaci zajączków obrazują lalki-kościotrupy, które przypominają o tym, że sytuacja obserwowana na scenie nie jest projekcją pamięci postaci żywej, lecz martwej. Zmarły rekonstruuje wspomnienia poza światem żywych, który z rzeczywistością łączą tylko kości. Lalki zbudowano z połączonych za pomocą śrubek elementów, w kolorze nadgryzionej już przemijającym czasem tkanki kostnej. Szkieleciki ustawione są na szpitalnym łóżku. W trakcie snucia opowieści na temat, morderstwa dokonanego na zajączkach za pomocą orzecha, aktor animuje kościotrupy. Chwilę później puszcza wodze fantazji i niepozorna sytuacja: ucieczka przed psem i wdrapanie się na drzewo, przeradza się w zwycięską bitwę stoczoną przeciwko całemu światu. Bohater rozprawia się w ten sposób ze swymi ułomnościami, buduje swoją tożsamość, poprzez stwarzanie nierealnych sytuacji. Kłamstwo służy ukryciu niedoskonałości, pokonaniu kompleksów.

Opowieść stała się również pretekstem do pokazania zasad funkcjonowania Lisiego, zatem również ludzkiego sumienia. Po „pokonaniu świata” aktor wyjmuje z kieszeni koszuli malutką, pluszową, pacynkę - breloczek. Miniaturowy lisek jest sobowtórem bohatera, jednak nie jest z nim identyczny. Pacynka ma bowiem sumienie, które uaktywnia się po popełnionej zbrodni. Animowana dokonuje aktu skruchy, jednak chwilę później Lis szyderczo drwi z postępowania pluszowego sobowtóra. Ukazywanie na przemian postaw obu zwierząt uwydatnia dwoistość natury głównej postaci.
Drugą, „główną przyczyną” jest niepohamowany popęd płciowy i związane z nim śmierć z miłości, w pojedynku i od „zdradzieckiego śrutu”. Rubaszny Lis- erotoman, uwielbiał kobiety, a jego życie skupiało się dookoła seksu.

Zauważyliście, że wszystko na tym świecie kręci się wokół samic? Bo jak sobie ten mój krótki lisi żywocik przypomnę, to prawie wszystko miało związek z laskami, bo oprócz Małej, którą kochałem miłością wielką, niezwykłą i niepowtarzalną, to jeszcze tak samo kochałem Rudą… i Żabcię… i Dziką, Ptaszynkę i Miśkę.
Pojmowanie miłości w ten sposób świadczy o niedojrzałości i egoizmie głównego bohatera. Rozbuchany erotyzm oznacza potrzebę represjonowania problematyki śmierci, poprzez seks bowiem udowodnić można sobie swoją witalność i oddalić umieranie od własnej osoby. Lis pojmuje miłość jako zaspokajanie potrzeb nie umysłu, lecz ciała.

Z miejsca, które nazwaliśmy czyśćcem bohater zostaje przeniesiony do Nieba Wnętrz Znalezionych. To miejsce, gdzie po analizie własnej osobowości trafiają umarli chcący odzyskać swoje, odebrane im przez Lalkarza wnętrza.
Dotychczas oświetlona przyciemnionym światłem scena ginie w ciemnościach, widoczne są jedynie ekrany, na których wyświetlane są obrazy płynących po niebie chmur. To zaś sprawia, że Niebo wydaje się być ruchome, a co za tym idzie nie zajmujące określonego miejsca w przestrzeni. Lis ma na głowie biały, symbolizujący dziewiczość wianek i niepewnie błąka się po obcym terenie. Drogę oświetla sobie kagankiem w kształcie zwierzęcej czaszki. Lalkarz –strażnik, pilnuje porządku w magazynie „środków”, rozporządza nimi. Bohater początkowo nie rozpoznaje swego wnętrza, wydaje mu się brzydkie i niereprezentujące jego osobowości. Jednak, po dokonaniu przeglądu pozostałych „środków”, dostępnych w składzie, decyduje się je przyjąć. Z przykutym do ciała, za pomocą łańcucha wnętrzem, zasypia na ustawionym w centrum sceny stole. Na scenę wkracza reżyser-kreator i za jego przyzwoleniem, śpiący Lis zostaje zabrany z Nieba i uniesiony w nieznane - Tomaszuk nie przedstawia swej wizji raju, kończy opowieść o śmierci wraz z Lisim rachunkiem sumienia.

„Lis” to refleksja na temat ludzkiej natury i funkcji jaką człowiek może pełnić po śmierci - czym się staje, gdy umiera i jak życie doczesne może wpłynąć na życie wieczne. O poważnych sprawach Tomaszuk opowiada wykorzystując komizm. Ten oczyszczający śmiech, rozładowuje napięcia, oswaja lęk przed śmiercią, ale nie przysłania głównej myśli spektaklu. Wręcz przeciwnie. Zmusza do gorzkiej refleksji na temat istoty człowieczeństwa - śmiejąc się z Lisa śmiejemy się z samych siebie.

"Walizki" dzień pierwszy

Maria Kaczyńska, www.teatrlomza.hi.pl, 15.06.2012

ROZWIŃ

(...)
"Lis" Marty Guśniowskiej, w reżyserii Piotra Tomaszuka, okazał się aktorskim popisem Ryszarda Dolińskiego. Aktor zdominował spektakl, zamieniając go niemal w monodram. Jego znakomita gra uratowała przedstawienie. Gdyby na jego miejscu znalazł się aktor, powiedzmy, tylko poprawny, publiczność zadałaby sobie z pewnością pytanie, po co twórcy trudziliby się nad stworzeniem przedstawienia. Niektórzy, co bardziej konserwatywnie nastawieni widzowie, z oburzeniem opuścili salę na znak protestu przeciwko padającym ze sceny wulgaryzmom. Inni, podchwytując konwencję absurdu opowieści o lisie, który stracił wnętrzności ("flaki", mówiąc językiem Guśniowskiej) i z perspektywy umarłego rozpatruje swoje życie, świetnie się bawili dorzucając z widowni absurdalne uwagi do akcji scenicznej. (...)

Gdzie lisy idą po śmierci?

autor tekstu: Michalina Młodecka

ROZWIŃ

„Obłoczki płyną, muzyczka leci, martwe dusze na widowni, aktor na scenie i nic się nie dzieje… jak w polskim teatrze…” – tak wygląda miejsce, gdzie lisy idą po śmierci. Ale czy w spektaklu Tomaszuka rzeczywiście nic się nie działo?

Choć przedstawienie oparte było na lisich rozmyślaniach o życiu po śmierci, drętwo na scenie nie było. Wręcz przeciwnie – Lis, którego rewelacyjnie zagrał Ryszard Doliński, mimo iż został wypatroszony, wniósł wiele energii i absurdalnych, zabawnych opowieści o swym życiu. Tylko po co rozważania o tym, co stanie się z lisem po jego śmierci, skoro – podobno – zwierzęta nie mają duszy...? Lecz z drugiej strony – skąd wiemy, że akurat nie mają? Nieważne. Nie jest istotne czy to lis, łoś, zając, bądź człowiek. Przecież i tak zostanie tylko skóra i kości. Gdyby jednak po śmierci pozostała świadomość, z pewnością zadalibyśmy takie samo pytanie, jakie pada z ust zdezorientowanego Lisa: „Jak ja mam teraz żyć? Taki pusty mam być?”.

Świetnie pokazane zostało opuszczenie ciała przez lisiego ducha – Lalkarz (Krzysztof Bitdorf), ściągając z leżącego lisa skórę, symbolicznie ją z niego zdarł i pozbawił wnętrzności. Lis ocknąwszy się w nowym stanie, nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, co zaszło. Czuł się, jakby był na potężnym kacu, cały obolały, nie wiedział gdzie jest i dlaczego. Pierwsza reakcja – szok, strach, absolutne odrzucenie faktycznego stanu rzeczy. Bo przecież tak młodo umarł, bo jeszcze tyle miał do zrobienia… Nie brzmi znajomo? My, ludzie, też przecież buntujemy się przeciwko temu, czego sami nie zaplanowaliśmy, a co nie jest dla nas przyjemne. Całkiem naturalna reakcja. Lis stał się przez to bardziej ludzki i publiczność chętnie obdarzyła go sympatią. By przypomnieć sobie jak umarł, opowiada historie ze swego życia, abstrakcyjnie nawarstwiające przeróżne elementy – od rzucania w zające orzeszkami, przez strzelanie do drapieżnego ptaka, po totalną masakrę w wykonaniu sześciomilionowej armii koreańskiej, którą Lis wyjął z kieszeni („bo miałem!”).

Wykorzystane w spektaklu ekrany, na których wyświetlane były materiały multimedialne, służyły również za trofea, czy szczątki zwierząt, o których opowiadał Lis (chociażby Łania, jedna z wielu ukochanych bohatera, to po prostu powieszona na stalowej konstrukcji czaszka). Przedmioty nieożywione stawały się ożywione, choć nadal pozostawały martwe (zwierzęta już przecież nie żyły) – kolejny paradoks.

W oryginalnym tekście sztuki autorstwa Marty Guśniowskiej, Lis odradza się jako Kurczak. Tomaszuk zmienił jednak tę wizję i w swej interpretacji historię kończy bardziej lirycznie: Lis zasypia nad odnalezionym wnętrzem-kuferkiem, w którym spisane zostało całe jego życie i – już nie-pusty – zostaje zabrany do nieba.

Bajka z szczęśliwym zakończeniem. Zwariowana, absurdalna, śmieszna, ale przez to też poważna, momentami refleksyjna i skłaniająca do zadumy.

Tekst pochodzi z Kuriera Festiwalowego, ukazującego się podczas Spotkań 2010 w Toruniu

HISTORIA

Udział w festiwalach, przeglądach, nagrody

ROZWIŃ

2010 r. XIV Przegląd Teatrów Małych Form Kontrapunkt 2010 w Szczecinie

2010 r. XVII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA w Toruniu

  • nagroda aktorska za najlepszą rolę męską przyznana Ryszardowi Dolińskiemu 

2011 r. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek "Riazańskie Smotriny 2011" w Riazaniu (Rosja)

2012 r. XXV Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Walizka" w Łomży 

  • nagroda za kreację aktorską przyznana Ryszardowi Dolińskiemu 
  • nagroda publiczności przyznana Ryszardowi Dolińskiemu

2014 r. Międzynarodowy Festiwal Spektakli Teatrów Lalek dla Dorosłych w Orenburgu (Rosja)

  • wyróżnienie Kolegium Krytyków Festiwalu 

Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

Korzystając z serwisu internetowego Białostockiego Teatru Lalek akceptują Państwo zasady Polityki prywatności, wyrażają zgodę na zbieranie danych niezbędnych do administrowania stroną i prowadzenia statystyk oraz wyrażają zgodę na używanie plików cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na stronie.

Do góry btl kształt