Zobacz opis Zobacz opis sztuki: KOŃCÓWKA. AKT BEZ SŁÓW
Kategoria BTL Klasyka
KATEGORIA WIEKOWA Dla młodzieży i dorosłych
CZAS TRWANIA 100 min.

KOŃCÓWKA. AKT BEZ SŁÓW

OPIS

KOŃCÓWKA. AKT BEZ SŁÓW

Spektakl realizowany w oparciu o arcydzieła dramaturgii XX wieku autorstwa mistrza teatru absurdu i czarnej komedii - Samuela Becketta. Przedstawienie w groteskowy sposób podejmuje problem starości, zmierzchu cywilizacji i wartości, jakie budowały humanistyczną wizję świata.

Spektakl wpisuje się w nurt sceny dla dorosłych BTL.

3 września 2019
Konferencja prasowa - premiera "Końcówka. Akt bez słów"
Zobacz
8 września 2019
Premiera spektaklu "Końcówka. Akt bez słów"
Zobacz

NAJBLIŻSZE POKAZY:

ZOBACZ WSZYSTKIE POKAZY

TWÓRCY

autor
Samuel Beckett
przekład
Julian Rogoziński
reżyseria
Bogdan Michalik
asystent reżysera
scenografia
Pavel Hubička (Czechy)
konsultacje
Lesław Piecka

OBSADA

ZAPOWIEDZI PRASOWE

Białostocki Teatr Lalek rozpoczyna sezon. Premiera spektaklu "Końcówka. Akt bez słów"

Anna Dycha, bialystokonline.pl, 4.09.2019

ROZWIŃ

Od spektaklu "Końcówka. Akt bez słów" na podstawie Samuela Becketta Białostocki Teatr Lalek rozpoczyna nowy sezon artystyczny. Premiera przedstawienia odbędzie się w niedzielę (8.09).

Spektakl realizowany jest w oparciu o arcydzieła dramaturgii XX wieku autorstwa mistrza teatru absurdu i czarnej komedii - Samuela Becketta. Przedstawienie w groteskowy sposób podejmuje problem starości, zmierzchu cywilizacji i wartości, jakie budowały humanistyczną wizję świata. To propozycja dla widzów dorosłych.

Ważna jest każda chwila

Przedstawienie reżyseruje Bogdan Michalik. Dlaczego sięgnął po teksty Becketta? Warto wyjaśnić, że dwa teksty - "Końcówka" i "Akt bez słów" - zostały zawarte w jednym spektaklu.

- Są to szczyty literatury - mówi o twórczości Becketta reżyser. - Bardzo rzadko wystawiane w teatrze, bo bardzo ryzykowne artystycznie. Beckett porusza problemy natury metafizycznej, które nurtują każdego. W sposób cyniczny żartuje z kondycji człowieka.

Bogdan Michalik wyjaśnia, że teksty Samuela Becketta są bardzo precyzyjnie napisane.

- Tutaj nie można inscenizacyjnie poszaleć. Bardzo ważna jest współpraca reżysera z aktorem - podkreśla. - Chcąc ze sceny mówić prawdę, musimy tę prawdę wyrwać z siebie. Beckett prowokuje do wydobycia tej prawdy. Mówi pełniejszą prawdę o nas samych. Można się zastanowić: po co używa ironii i czarnych barw. Po to, by pokazać, jak ważny jest moment, w którym jesteśmy; jak on jest dalece niepowtarzalny. U Becketta ważne są emocje i chwila, która akurat trwa. Życie składa się z dużej ilości chwil.

Segmenty starego świata i resztki wspomnień

Autorem scenografii do spektaklu jest Pavel Hubička.

- U Becketta jest bardzo dużo didaskaliów opisujących, jak ma wyglądać scenografia. My chcieliśmy pokazać ten moment, kiedy człowiek jest sam na sam ze sobą i nie ma już nic poza nim - mówi scenograf.

Wyjaśnia, że budował scenografię z przedmiotów codziennego użytku, przypominających "segmenty starego świata" i "wypalone obrazy". Przypominają one też resztki wspomnień, które kiedyś miały swoją wartość.

Muzyką jest z kolei cisza. Jak twierdzi Michał Jarmoszuk, błędem byłoby dodawanie muzyki, gdyż zburzyłoby to całą ideę dramatu.

Reżyser dodaje, że Beckett w "Końcówce" porusza tematy, o których teraz ciągle słyszymy.

- Wystarczy obejrzeć telewizję, by dowiedzieć się, że nie mamy czystej wody, mamy zatrute powietrze. Rozpęd, którego nabrała cywilizacja zaczął nas zjadać. Zbliżamy się do jakiegoś końca. nie potrzebujemy wcale kataklizmu. My sami zadbamy o koniec.

Marionetka na finał

Na scenie - oprócz Michała Jarmoszuka - zobaczymy Łucję Grzeszczyk, Ryszarda Dolińskiego i Artura Dwulita.

- Ten tekst napisany jest prozą poetycką. Jest bardzo precyzyjny. W zasadzie tam nic się nie dzieje. Akcja rozgrywa się jednak na poziomie emocjonalnym i werbalnym - mówi Artur Dwulit.

W role rodziców głównego bohatera wcielają się Łucja Grzeszczyk i Michał Jarmoszuk.

- To było trudne wyzwanie, ale ciekawe. Cieszę się, że mogłam zagrać z Michałem, z którym od wielu lat łączy mnie relacja przyjacielska. Ludzie, których gramy są młodzi w środku, choć w każdej chwili mogą odejść. Są najmłodsi ze wszystkich bohaterów obecnych na scenie - przyznaje Łucja Grzeszczyk.

Jak na teatr lalkowy przystało, w spektaklu znajdzie się kilkuminutowa scena lalkarska - marionetkę animować będzie właśnie Łucja Grzeszczyk. Za konsultacje planu lalkowego odpowiadał Lesław Piecka.

- Ta scena zamyka spektakl i jest metaforą życia człowieka. Wszystkich jego starań i dążeń - podsumowuje.

Premiera przedstawienia odbędzie się w niedzielę (8.09), rozpocznie się o godz. 18.00 na małej scenie. Pokazy przedpremierowe zaplanowane są w piątek (6.09) o godz. 19.00 i w sobotę (7.09) o godz. 18.00. Pozostałe pokazy już w październiku.

Końcówka. Akt bez słów. Co pokaże Bogdan Michalik?

Jerzy Doroszkiewicz, "Kurier Poranny", 5.09.2019

ROZWIŃ

(...)

- Stworzyłem świat spalonych obrazów - mówi znakomity czeski scenograf. - Są resztkami wspomnień, jakichś bardzo cennych rzeczy, które kiedyś miały swoją wartość, a teraz są tylko jakąś elementarną materią.

Bo na swój sposób "Końcówka" będzie pretekstem do refleksji o przemijaniu, odchodzeniu.

- Staraliśmy się tak robić spektakl, żeby nie był wyłącznie o odchodzeniu, ale żeby prowokował do zajęcia się czasem pomiędzy narodzinami a śmiercią - wyjaśnia Bogdan Michalik, reżyser. - Żeby cenić sobie to, że żyjemy. Żeby umieć to zauważać, zatrzymać chwilę, zobaczyć jej urodę, myślę że o tym też Beckett pisał lub z tych właśnie powodów.

(...)

Na początek Beckett, potem Moniuszko, Szekspir... i scena w Kawiarni Lalek

Monika Żmijewska, "Gazeta Wyborcza", 6.09.2019

ROZWIŃ

Beckett, Szekspir, Moniuszko. Tematy ekologiczne i egzystencjalne. Sporo ironii, powagi, ale też żartu i lżejszej nuty. Białostocki Teatr Lalek zaczyna nowy sezon.

Monika Żmijewska: Początek sezonu w BTL to mocne nazwisko: Beckett. I tekst rzadko grany w teatrach, tym bardziej lalkowych – „Końcówka”. Premiera już w niedzielę 8 września. Skąd taki wybór?

Jacek Malinowski, dyrektor BTL: – Beckett to jeden z najważniejszych dramaturgów XX wieku. Jego „Końcówka” nie jest z pewnością utworem wpisującym się w komercyjne trendy, ale my chcemy przecież pokazywać w teatrze dobrą literaturę, dbając o wyrafinowane gusta odbiorców. To właśnie jest misją instytucji kultury. Praca nad tym spektaklem to wielkie wyzwanie dla naszych artystów. Ryszard Doliński, Artur Dwulit, Michał Jarmoszuk, Łucja Grzeszczyk mają z pewnością możliwość zetknięcia się z dramaturgią z najwyższej półki.

Spektakl zbudowany jest w sposób klasyczny?

– Tak, reżyser Bogdan Michalik tworzy spektakl skoncentrowany na słowie, w którym na pierwszym planie jest rzemiosło. Nie będzie tu sposobików, za którymi aktor może się schować, najważniejszy jest tekst. Ale bardzo ciekawa jest też scenografia Pavla Hubicki, pokazująca rozpad świata i będąca też zapisem metafory kryjącej się w słowach dramaturga. Warto dodać, że nasze przedstawienie zbudowane jest tak naprawdę z dwóch dzieł Becketta: „Końcówki” i „ Aktu bez słów”. „Akt…” staje się pointą spektaklu.

(..)

Becket wg Michalika w BTLu

Izabela Próchnicka, PAP, 09.09.2019

ROZWIŃ

O przemijaniu, odchodzeniu, ale też o tym, by człowiek cenił różne momenty swojego życia, opowiada spektakl pt. "Końcówka. Akt bez słów" na podstawie Samuela Becketta. Premiera odbyła się w niedzielny wieczór w Białostockim Teatrze Lalek.

Spektakl na scenie kameralnej teatru, jest propozycją dla dorosłych widzów. - Są to szczyty literatury, bardzo rzadko grane w teatrze, ponieważ, no, bardzo ryzykowne artystycznie - podkreślił na przedpremierowej konferencji prasowej reżyser Bogdan Michalik.

Bogdan Michalik przyznał, że wystawienie Becketta to jedno z największych wyzwań dla twórców. - Ponieważ to jest tak precyzyjnie napisane - oczywiście tutaj nie można poszaleć inscenizacyjnie - a cały wysiłek polega na przekazaniu odczuć, tych, które reżyser przyjmuje jako beckettowskie, w przeprowadzaniu ich poprzez aktora - tłumaczył reżyser.

Jak dodał, w sztuce poruszane są problemy, które nurtują każdego człowieka. Wymienił np. słabości, "moment zatrzymania się w życiu", wątpliwości, z którymi zmaga się człowiek w pędzie cywilizacyjnym. - Metafizyczne wątpliwości każdego z nas od czasu do czasu dotykają - zaznaczył Michalik. Dlatego warto przypominać Becketta, "mistrza nonsensu i absurdu" - podkreślił.

- Ale jednocześnie bardzo głębokiego myśliciela, który potrafi swoje przemyślenia sformułować w ten sposób, że nie zanudza mądrze przemawiając, a w sposób bardzo cyniczny żartuje jakby z kondycji człowieka, z tego jak nie raz poważnie, a jednocześnie nierozważnie się traktujemy - powiedział Michalik.

Reżyser przyznał, że wystawienie Becketta to jedno z największych wyzwań dla twórców. - Ponieważ to jest tak precyzyjnie napisane - oczywiście tutaj nie można poszaleć inscenizacyjnie - a cały wysiłek polega na przekazaniu odczuć, tych, które reżyser przyjmuje jako beckettowskie, w przeprowadzaniu ich poprzez aktora - tłumaczył Michalik.

Według reżysera Beckett chciał zwrócić uwagę na "wartość i niepowtarzalność naszego życia w każdym jego momencie", w momentach zarówno w dobrych jak i złych. Jak podkreślił twórcom spektaklu chodzi także o zwrócenie uwagi na to, że powinniśmy "cenić sobie to, że żyjemy", umieć to zauważać i dostrzegać piękno chwili. - Myślę, że o tym też Beckett pisał, lub z tych powodów - dodał Michalik.

Szczególnie podkreślił to, że, żyjąc codziennością, zmagając się z nią nie zwracamy uwagi jak wiele momentów przechodzi niezauważenie. - A w pewnym momencie życie się kończy i nie ma zupełnie znaczenia jakim samochodem jeździmy. Ważne jest, co przeżyliśmy - mówi Michalik. Dodał, że u Becketta ważne są emocje, ale też to czym są powodowane i jak na nie reagujemy.

GALERIA

RECENZJE

Zawieszeni w czasie, na skraju rozpadu. "Końcówka" u lalkarzy

Monika Żmijewska, "Gazeta Wyborcza", 3.10.2019

ROZWIŃ

Nieokreślona przestrzeń, nieokreślony czas, przygważdżająca apatia, i mistrzowskie dialogi. Na pozór o niczym, a pełne emocji. "Końcówka" Becketta w Białostockim Teatrze Lalek działa jak psychologiczny thriller, choć fabuły w sumie brak. Jak to możliwe?

Możliwe. Tak czasem bywa, gdy w jedno scala się kilka kwestii: świetny tekst, mocne postaci, żelazna reżyserska ręka, wymowne scenograficzne tło. Taki zestaw pozwala łączyć sprzeczności. A sprzeczności w białostockiej inscenizacji w reż. Bogdana Michalika jest więcej. Bo czy spektakl, który momentami usypia, może jednocześnie wciągać i intrygować? Czy spektakl, pozbawiony muzyki w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, może wydawać się niezwykle muzyczny?

Owszem. Jest coś hipnotycznego w pełnych absurdu dialogach Becketta, jest coś hipnotycznego i mantrowego w sposobie ich przekazania. Powracające motywy, ożywianie się aktorów i zapadanie w sobie, szuranie kroków, takie, a nie inne wypowiadanie słów - wszystko to tworzy bardzo precyzyjnie melodię spektaklu.

To oczywiście casus Becketta, który swoje dramaty genialnie konstruował niemal jak utwory muzyczne. Ale wydobyć tę melodię, uwypuklić harmonijność, wbić w uszy widzów, bez nachalnych zabiegów - to już wyższa szkoła inscenizacyjnej jazdy. I tę w spektaklu BTL odnajdziemy.

Może chciałoby się jeszcze w tragikomicznej wizji Becketta w białostockiej wersji odnaleźć choć odrobinę więcej tej drugiej - komicznej warstwy, która współtworzy dramaty irlandzkiego mistrza na równi z klimatem skrajnego pesymizmu. Ale może też tak naprawdę nie ma się z czego śmiać, nawet jeśli to śmiech ze ściskiem w gardle.

To ważne, że po wielu latach w Białymstoku znów możemy usłyszeć na scenie tekst Becketta (co ciekawe - na scenie lalkowej). Tekst "zrobiony" interesująco i na czasie. Żyjąc w świecie rozpadu i bezsensu, zmierzając do "końcówki", warto może jednak pochylić się nad chwilą i ją docenić? W spektaklu tworzonym przez dwa zadziwiające, i różnie postrzegające świat duety, wybrzmiewa to, mimo pesymistycznego tonu, nawet całkiem wyraźnie.

Godzina ta sama

Oto duet pierwszy: Hamm i Clove. Pierwszy ociemniały i na wózku, drugi krążący wokół, podległy i zahukany. Szybko staje się jasne, że ich relacja, choć skomplikowana, to relacja atakującego i ofiary. Hamm (Artur Dwulit), choć zależny od Clove'a (Ryszard Doliński), ciągle ma nad nim władzę. Ich dialogi to swoisty pojedynek: pierwszy agresywnie bombarduje drugiego pogardą, drugi broni się, choć raczej poprzestaje głównie na zgryźliwości. Mnóstwo tu obopólnego skrywanego żalu, niespełnienia i zgorzknienia, świetnie wygranego przez aktorów. Ale przede wszystkim to koncertowy zapis ogromnej samotności. Tak wyraźny w scenie:

Hamm: - Dlaczego ty przy mnie jesteś?

Clove: - A dlaczego ty mnie trzymasz? Nie mam gdzie pójść.

Hamm: - bo nie mam kogo innego.

Dwóch skazanych na siebie ludzi, jeden nie jest w stanie istnieć bez drugiego, jeden drugiego trzyma się desperacko i łapczywie, choć stara się tego nie okazać. I te rozmowy byle zabić czas, byle nie słyszeć ciszy, na pozór o niczym. A jednak o czymś. Czasem doprowadzane na skraj absurdu, a czasem zadziwiające celną obserwacją. Doliński gra Clove'a na wyciszonej nucie, mówi i porusza się wolno, choć to spokój jest pozorny (znakomita dramatyczna rola Dolińskiego, zagrana półcieniami).

Dwulit, unieruchomiony na wózku, stwarza Hamma w nerwowej tonacji i pewnej histerycznej manierze, ale w tej manierze jest metoda, Hamm to w końcu postać pełna emocjonalnych niuansów i mieszanka wybuchowa. Czasem zachowuje się jak psychiczny przemocowiec, a czasem jak rozkapryszone dziecko. Czasem widać w nim nieco światła, gdy ożywia się, słysząc szum morza; gdy wpada w nostalgiczne nuty; gdy głaszcze psa; gdy ma lepszy dzień i chce mu się żyć; gdy zaciera ręce, pytając o godzinę, choć ta jest "ta sama co zwykle", ale przecież "coś się dzieje, coś posuwa się do przodu"; gdy dopadają go marzenia, wspomnienia: "pogoniłbym po lesie, popatrzył, pochędożył"; Ale za chwilę już czarny ton przejmuje władzę, już rzeczywistość skrzeczy, już trzeba się na Clovie wyżyć, coś za blisko jest, za daleko, za bardzo z boku, wszystko jest nie tak.

Z jednej strony Clove i Hamm to wyraziste postaci, funkcjonujące tu i teraz, z drugiej strony trochę wzięte w nawias, niczym figury, alegorie pewnych postaw. Choć umiejscowieni w bezczasie, w jakimś domu, w którym czasem przez otwarte okna słychać szum morza, czytać ich można na rozmaite sposoby. Choćby relacji, bez względu na płeć, w których rutyna, apatia, niespełnienie, wzajemne zależności, czas, życie, nieuchronność kresu - okazały się niszczycielskie.

Starcy w śmietniku

Ale może być też inaczej, oto bowiem drugi duet: Nagg i Nell, świetna para staruszków, na sekundę przed wejściem w nicość, zepchnięta na margines, do śmietnika, w którym przycupnęła niczym jakieś żyjątka.

Jest pewien paralelizm w zestawieniu tych czworga, swoiste podobieństwo: tu histeryczny i przerażony jest Nagg (Michał Jarmoszuk), a spokojna i gotowa na finał, a jednocześnie umiejąca się cieszyć z drobiazgów - Nell (Łucja Grzeszczyk). Grają znakomicie, dialogując wolno i niespiesznie, nieco przerysowując swoje postaci, w czym pomaga upiorna stylizacja, jakby wzięta żywcem z gabinetu pobielonych figur woskowych. Ale Grzeszczyk i Jarmoszuk nie kpią ze starości, o braku sił opowiadają z dużą dozą czułości, nadając swoim postaciom głęboko ludzki wymiar. To kolejna sprzeczność białostockiej inscenizacji - groteskowe poprowadzenie postaci staje się nieoczekiwanie nośnikiem człowieczeństwa.

Dodatkowo reżyser do ról stareńkich rodziców Hamma zaprosił dwoje młodszych aktorów niż odtwórca tej roli. Ale w tym zabiegu też jest metoda. Stareńki duet, ledwo się poruszając, a właściwie rozprostowując tylko i zginając palce, ot cały ich ruch - paradoksalnie ma w sobie wyjątkowo dużo życia.

I też - jak wynika z litery oryginału - tych dwoje, choć inaczej niż Clove i Hamm, się uzupełnia. Co Nagg pomarudzi, to Nell rozładuje radością z drobiazgu i żartem. Ucząc, by docenić każdą sekundę życia.

Na skraju rozpadu

Jest jeszcze piąty bohater spektaklu - scenografia Pavla Hubicki, znakomitego czeskiego scenografa z białostockimi lalkarzami pracującego od lat. Tylna część sceny jest niczym pobojowisko: popalone obrazy, porwane płachty, zniszczone drzwi, przewrócone manekiny, olbrzymia głowa - rzeźba z rozsypującym się oczodołem. To sugestywny portret świata rozpadu, przemijania, tak wyraźnego w dramacie Becketta. Zniszczone przedmioty są jak okruchy wspomnień, kiedyś ważne, dziś już nieważne, tak samo na krawędzi rozpadu są też kostiumy Hamma i Clove'a. Ten ostatni próbuje coś przestawić, przesunąć, uporządkować, precyzyjnie wymierzając kroki, ale w końcu odpuszcza, jakby zakładając, że sam zamysł jakiegokolwiek ruchu skazany jest na porażkę. Bo przecież na końcu jest i tak tylko nicość.

Ale to już od nas zależy, który wariant spojrzenia - na to, co wokół, jak wypełnimy czas między początkiem a końcem - przyjmiemy jako sobie najbliższy.

Na finał spektaklu jeszcze niespodzianka, animacyjny cymesik. Reżyser do "Końcówki" dołączył "Akt bez słów" Becketta, który napisał go jako pantomimę o mężczyźnie, próbującym na pustyni sięgnąć po butelkę z wodą zawieszoną na sznurku. W białostockim spektaklu, bohaterem staje się maleńka laleczka, której coś co chwila pomaga, i przeszkadza w sięgnięciu po wodę. Z wielką delikatnością animowany przez Łucję Grzeszczyk "Akt" (konsultacje Lesław Piecka) staje się wielką metaforą życia, przez które przedzieramy się, próbując coś zdobyć. Piękna, ale i smutna egzystencjalna scena. O nieustannym próbowaniu, co samo w sobie jest wartością, i oczywistym finale.

Zanim jednak do niego dotrzemy - żyjmy.

Samuel Beckett - Końcówka. Akt bez słów

Jerzy Doroszkiewicz, "Kurier Poranny", 3.10.2019

ROZWIŃ

(...)

Nie da się ukryć, że niesamowita gra emocjami, igranie z drugim człowiekiem, przechodzenie od zachwytu nad sobą, swoją twórczością do całkowitej rezygnacji w wydaniu Artura Dwulita zagrane są po mistrzowsku. Nie na darmo reżyser przekonywał, że aktorzy w „Końcówce” muszą grać ćwierćtonami. Przerażająco okrutny, a jednocześnie osamotniony w ślepocie, bez przyjaciół, nienawidzący własnych rodziców - Hamm Dwulita ma prawo hipnotyzować i przyciągać uwagę. Nawet jako sprawca przemocy domowej i dwustuprocentowy mobber.

Ryszard Doliński jako Clov ma łatwiejsze zadanie. Widzieliśmy go już na scenie Białostockiego Teatru Lalek w takiej sytuacji wielokrotnie. Dzięki tekstowi Becketta ma szansę ironizować, powątpiewać z idiotycznych poleceń, odgrywać komedię z drobniutkich gestów i kłamstewek. Ale nie jest tu sowizdrzałem. Wręcz przeciwnie. Jego postać jest równie tragiczna. Chciałby odejść od swojego pana, wychowawcy, dobrodzieja, ale zdaje się być klasyczną ofiarą uzależnienia od oprawcy. I to, jak z nastroju w nastrój popada Clov Dolińskiego, zasługuje na uznanie. Szczególnie, że musi grać osobę zniedołężniałą, pamiętać, że ciało musi być posłuszne wizji i dramaturga, i reżysera.

(...)

Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies.

Korzystając z serwisu internetowego Białostockiego Teatru Lalek akceptują Państwo zasady Polityki prywatności, wyrażają zgodę na zbieranie danych niezbędnych do administrowania stroną i prowadzenia statystyk oraz wyrażają zgodę na używanie plików cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów na stronie.

Do góry btl kształt